Wieczór autorski przedpapierowy

Pisze wydawnictwo. Ono, że wyda – ja, że hura! Ono, że współfinansowanie – ja, że bez jaj… Przyjaciele: no i?

Tak w skrócie wygląda mój przełom października i listopada 2016.

Gdy człowiekowi opadają skrzydła, to może jeszcze dodatkowo podkulić ogon, lub może wyprostować kręgosłup i zakasać rękawy (zwłaszcza, że krępują skrzydła). Może posłuchać znajomych i przyjaciół i chwytać tę okazję, która właśnie się nadarza. Nadarzyło się Novae Res. Nadarzyła się szara eminencja Justyna, która wpadła na pomysł, ale rzadko ujawnia ludziom, że pomysł jest jej. I nadarzyły się (kolejność przypadkowa): Asia, Ania, Asia, Asia, Asia, Agata, Beata, Alicja, Hania, Darek, Jacek, Hubert, Robert. Nadarzyła się Agnieszka, która wierzy w crowdfunding, więc powstał projekt. Przygotowali dla mnie wieczór autorski, z muzyką na żywo, z opowieściami o książce i o życiu. Przybyli różni znajomi i nieznajomi (!!!): koledzy z miejsc pracy byłej, moi uczniowie z różnych roczników – pierwsi wychowankowie, którzy już są dorośli, rodzice moich uczniów, przyjaciele z dzieciństwa, z liceum, rodzina. Ludzie słuchali, zadawali pytania i wrzucali pieniądze do skarbonki. Wiele osób, które nie mogły przybyć, napisały do mnie słowa wsparcia, wpłaciły kasę na konto crowdfundingowe. I znów powinna być lista imion: Ania i Irek, Darek, Gosia i Scott, Emila, Basia, Ania, Gosia, Kasia, Zosia, Hania, Karolina, Kuba, Michał… no gubię się…

Jacek Siciarek i Hubert  Świątek grali nam cudnie – jesiennie, ale ciepło. Wino się lało rubinowo i złoto, rzucając cienie na ściany i twarze zasłuchanych. Pyszne przekąski syciły i kusiły różnorodnością.

Ania nerwowa, że coś nie po jej myśli, a jednak żartując, by ciśnienie obniżyć, przesuwa świeczki, żeby ładnie oświetlały pomieszczenia. Asia szuka kierownika zamieszania. Justyna z anielskim spokojem na twarzy uśmiecha się, ale wiem, że w środku cała jest czujna, szeptem doradza wokół, co jeszcze, co inaczej, co koniecznie. Druga Asia słabowita tego dnia, samopoczucie minus dziesięć, ale wzruszona prowadzi wywiad. Alicja – obserwator ludzi, rejestruje wewnętrzną kamerą reakcje tłumu na moje słowa, wzrokiem mnie uspokaja: dobrze. Jest dobrze. Beata i Hania zastawiły stoły smakołykami i patrzą na mnie spokojne. Wszystko jest jak należy. Asia trzecia upewniła się czy przygotowana przez nią skarbonka stoi w odpowiednim miejscu. Agata wyjaśniła proces powstawania zakładek do książek, które są pamiątką dla gości. Darek robi zdjęcia, nagrywa co plotę.

Ja? Oczywiście, że byłam zachwycona, oczywiście, że – jak to ja – miałam dużo do powiedzenia, pomimo próśb o „w dwóch słowach”… Ale tak naprawdę byłam oszołomiona. Mama przyjaciółki, właścicielki Prestige Lingua – szkoły językowej, która udostępniła się na to wydarzenie – powiedziała… „Ależ ona ma przyjaciół”!

Kochani, ależ ja mam przyjaciół. Wiedziałam, że są wspaniali i w razie czego(kolwiek) zawsze ktoś mi pomoże… Ale dopóki takie cokolwiek jest tylko teorią, to nie znamy mocy tych przeczuć.

Dziękuję Wam wszystkim z całego serca. Jestem Wam ogromnie wdzięczna za tę akcję, za wszystko, co się wydarzyło w to Święto Niepodległości.

Jeszcze się spotkamy, gdy zapach druku rozejdzie się w powietrzu.

Zapraszam.

P.S. Założenie projektów crowdfundingowych jest takie, że projektodawca otrzyma pieniądze, jeśli uzbiera całą kwotę (lub ją przekroczy). Jeśli nie sięgnie celu, to wszystkie środki finansowe są zwracane wpłacającym… Dla wpłacających – żadnego ryzyka. Dla projektodawcy – dreszczyk emocji i ciągłej niepewności. Zbieram dalej. Jeszcze 20 dni.

https://polakpotrafi.pl/projekt/zyjemy-jeno-w-snach

Znów

O przesileniu wiosennym było już tyle razy, że aż sama siebie zaczynam nudzić. Te niewytłumaczalne (?) zmęczenie, senność, irytacja na przymrozki tylko pogarszają sprawę. Zatem, jak każdego roku, pracuję nad optymizmem wrodzonym (a jakże!) i na siłę wypatruję zalążków liści i kwiatów, oszołomionych much i zaspanych biedronek. 

Ale jak można czterdziesty któryś raz zachwycać się kwitnącymi mirabelkami, co to jak chwasty porastają trójmiejskie okolice? Ileż razy można wzdychać do bladoróżowego kwiecia wiśni i jabłoni? A za oknem tymczasowego miejsca postoju, na starutkiej, powykręcanej jabłoni siadają grubodzioby, rudziki i drą dziobate paszcze – co oznacza, że JEST wiosna. Nie żadne przesilenie – wiosna, panie sierżancie. Niepewnie jeszcze otwieram okno, oczekując wtargnięcia chłodu. Koty ciekawie wciskają różowe nosy w te rozchylone szklane kurtyny. Wąchają powietrze znad morza docierające, lecz wzroku nie odrywając od maleńkiego kopciuszka na gałęzi brzoskwini o wielkich pąkach przeskakującego. 

No jest pięknie. Kolejna wiosna nam dana, oj dana, dana. Hej! 

Telefon woła do spraw niewiosennych. Maile gadają o sprawach nieistotnych. Kawa ostygła. Obsychająca kanapka błaga o zieleń nowalijkowego szczypiorku. Jeszcze nie teraz. Jeszcze chwilę. W międzyczasie, aby ciche oczekiwanie zaszeleścić papierem, rozkladam biały arkusz, wyciągam klej i nożyczki z szuflady i dwa numery „Zwierciadła”. W tym roku wystarczą dwa do nowej mapy marzeń. Zeszłoroczna nie pozwoliła zbłądzić. Tylko do dwóch celów nie zdążyłam dotrzeć. Bo w innych miejscach zabawiłam dłużej, nie bez chęci. Złożyłam ją na cztery, rozprostowując zagięte rogi, które ukrywały wygraną w totka i… ten sekret dojrzewającej artystki.

Tegoroczna mapa jest gładka jeszcze. Tu się przykleiło drewno wiejskiej chaty, tam plaża piaszczysta, słońce nad szczytami gór, maszyna do pisania, pióro, świeże figi obok dojrzewającego sera, serduszka, gwiazdeczki, pierdółki codzienności… obok numerów do lotto. Pierwszy nów wiosenny za trzy dni, dokleję jeszcze słowa miłości do siebie i na czas nową mapę uploaduję do GPSa mojej duszy. 

Nożyczkami poznaczone „Zwierciadła” rozłożyły się swobodnie na podłodze. Koty „ożywiają” odcięte skrawki stron, podrzucając je gwałtownie, po uprzedniej obserwacji w kocim bezruchu. Sroka krzyczy na niezwracające na nią uwagi mewy. Przymykam oczy, oddycham znów gdyńską wiosną.

Napisałam książkę

Napisałam książkę. Moje marzenie tworzenia tekstów zaczyna żyć życiem literackim…

No prawie…

Stworzyłam dzieło, zapakowałam w plik należyty i rozesłałam do wydawnictw.

Oczywiście wcześniej wysłałam do przyjaciół paru, by mieć jakąś informację zwrotną, co sądzą, gdyż ja obiektywizmu w tej kwestii jestem raczej pozbawiona. Dla mnie to wspaniała opowieść, wzruszająca historia, głęboko filozoficzna rozprawa o życiu, dzieło nad dzieła… które należy poprawić, bo tyle niedociągnięć, bo błędy historyczne, bo brakuje… bo za dużo… bo… Zwrotka od najbliższych mi czytelników była cudna. Wszyscy zachwyceni, każdy ma tam jakieś uwagi, porady, wskazówki, ale ogólnie są zachwyceni. Oczami wyobraźni widzę już ten piękny tomik prozy stworzonej przeze MNIE. Nosem wyobraźni czuję już zapach druku. Uszami wyobraźni słyszę już siebie w Polskim Radiu rozprawiającą o swoim dokonaniu…

… i nagle ta myśl: a co jeśli przyjaciele nie chcą mi sprawić przykrości?! O tak! Znajduję w necie tekst o wrażliwości pisarzy… 


http://www.tygodnikprzeglad.pl/trudno-przyjaznic-sie-z-pisarzem/ 

Popadam w zadumę graniczącą z cierpieniem znanym chyba wszystkim artystom. 

Opatrzność jednak czuwa nad moją rozhisteryzowaną (nie)pewnością siebie. Zsyła na moją drogę redaktora, który, owszem, zna mnie trochę, ale nie ma potrzeby (ma?) słodzenia, zwłaszcza, że został wyraźnie poproszony o uczciwą opinię vel krytykę. W odpowiedzi otrzymałam między innymi informację, że „po drugie, mamy do czynienia z czymś w rodzaju Bildungsroman, powieści o formowaniu, przy czym – to warto podkreślić – nie tyle formowaniu intelektualnym, ile emocjonalnym. [...] po czwarte i chyba najważniejsze, to zajmująca opowieść na temat tożsamości, swobodzie i ograniczeniach w jej kształtowaniu. [...] dziękuję, że obdarzyłaś mnie zaufaniem i podzieliłaś się partiami swojej książki. Czytałem z zainteresowaniem i liczę, że będę miał okazję poznać następne. A skończyć musisz, bo naprawdę WARTO! [...] dodatkowo gratuluję słuchu językowego do sposobów wypowiadania się zindywidualizowanych pod różnymi – regionalnymi, środowiskowymi, osobowościowymi, sytuacyjnymi etc. – względami”. Dorzucił porady redaktorskie, podpowiedział, jak wygładzić chropowatości… Zatem posłuchałam i skończyłam tekst, by po miesiącach benedyktyńskiej ;) pracy zdecydować, że jestem gotowa i rozesłałam. W wiele miejsc.

Potem, znana mi – więc nieobiektywna, ale jednak poważna – teatrolog napisała o mojej książce: „Jestem poruszona. To proza bardzo poetycka. Mam poczucie, że w czasach, gdy pisze się  dla „efektu”, taki tekst jak ten, wart jest oglądu, gdyż pokazuje z wielką pasją i uczciwością badawczą prawdę o ludzkim losie i miłości, która każe chronić bliskich, a nie wystawiać ich na sprzedaż”.

Aż wreszcie teatrolog złożyła mój tekst na ręce recenzenta literackiego z najprawdziwszego zdarzenia. Który nie zna mnie. Nie słyszał o mnie nic. Przeczytał moje opus magnum i napisał co następuje: „[...] absolutnie jestem zdania, że książkę wydać należy. To kawał dobrej literatury i kawał życia. Autorka ma słuch do prozy, czuje jej rytm i czas (płynność frazy, długość zdania itp.), no i pisze o rzeczach ważnych, a jak mi się zdaje rzeczy nieważnych mamy już wszyscy dosyć, no może poza kilkoma krytykami gadającymi ze studia TVP Kultura, którzy ciągle przekonują, że tylko nieważne jest ważne”.

Drodzy Czytelnicy, ukochani Wielbiciele mojej pisaniny ze stron szkolnych gazetek… postanowiłam uwierzyć, że potrafiłam wypełnić życzenie Babci o książce na temat jej Drogi i dokonałam czegoś, co nie wszystkim się w życiu udaje: spełniłam swoje marzenie. Trzymajcie zatem kciuki w sprawie rozsądnego Wydawcy, który nie będzie rozumiał, dlaczego tak długo na mnie czekał i natychmiast przystąpi do realizacji papierowej wersji przygód Heleny. 

Szanowni Wydawcy, spieszajcie, spieszajcie z tym wydawaniem, gdyż ja już drugą smakowitą powieść szykuję, a do trzeciej poczyniłam notatki w punktach. Żebyśmy zdążyli wszystko wydać…

Nowe Początki…?

Daty granice, daty bramy, daty specjalne… od tego momentu świat się zmieni, życie stanie się ważniejsze, pełniejsze, lepsze… bzdura… takie naiwne upiększanie sobie Drogi, wiara w cuda, magię, wyjątkowość jednego losu… oczekiwanie spełnienia niespełnialnego, oczekiwanie synchronizacji ścieżek nieznajomych po to, by zaistniało coś zjawiskowego… życzenia, ze wzrokiem wbitym w niebo, wypowiadane do Boga, do bogiń, do gwiazdpostanowienia poprawy, uważności, konsekwencji… marzenia, pragnienia, potrzeby od tej daty poddane zostają planowi realizacji… i od daty bliżej nie zapamiętanej są porzucane… listy nazwisk osób, do których należy wreszcie zadzwonić, napisać… listy wydatków kontrolowanych w końcu systematycznie… listy zadań codziennych, słówek obcego języka, książek do przeczytania, płyt do odsłuchania… zakup nowego pamiętnika i zamiar wpisywania tylko dobrych spraw do niego… ukrycie starego pamiętnika głęboko i zamiar nie wracania do spraw, do których nie chce się wracać… 

Data odetchnięcia Nowym jest tylko datą w kalendarzu. Człowiek potrzebuje punktu zaczepienia. Wszechświat nie kontroluje Czasu. Nie ma „myśli” pod tytułem: OD TERAZ…

Druga godzina pierwszego dnia Nowego Roku… zbieram się do łóżka (wiek zobowiązuje), ale On zadziera głowę i mnie woła z nieczęstą ostatnio ekscytacją w głosie… a tam… zorza!

Moja pierwsza w życiu zorza. Trochę „nieświetlista”, gdyż światła miejscowości kradną blask. Ale zorza. Faluje nad nami łukiem, rozciągnięta od zachodniego do wschodniego horyzontu (lub odwrotnie), zmienia formy, zwęża i rozszerza swoją promienistość, zakręca spirale, tworzy kolumny, które nieoczekiwanie stają się rzędami, pasami, smugami wiatru słonecznego. 

Oczywiście, że to kolejny znak. Oczywiście, że moje życie jest niesamowite. Oczywiście, że mam nieopisywalne (!) szczęście. Oczywiście, że Wszechświat mnie kocha i obdarowuje prezentami regularnie.

Około południa nad szczytem góry kołował orzeł. Daleko, po drugiej stronie fjordu, ale widoczny. 

Szcześliwego Nowego Początku czegokolwiek, Każdemu.

Co symbolizuje orzeł?

Szaro-bury, chmurno-śnieżno-deszczowy dzień. Okutana w kilka kubraków, przy kaloryferze rozkręconym na tak zwanego maksa. Pochylona nad klawiaturą tworzę swoje literackie majstersztyczki. Podnoszę głowę, chyba tknięta przeczuciem. Znad fjordu leci w kierunku mojego okna ptak. Żadna nowość. Ale, ale… ale on ma duże skrzydła. O kurdesz! To orzeł! Ja pierdziu! To orzeł! – to okrzyki duszy, bo ciało sparaliżowane nie mogło oderwać wzroku od wielkiego ptaka lecącego wprost na moje okno. Bywało, że widywałam je kołujące nad szczytami po przeciwległej stronie zatoki… ale tu? Wstrzymałam oddech. Przy maszcie w ogródku, nieco na wysokości strychu, zmienił tor lotu (żeby nie wyrżnąć w dom?). Był tak nisko, tak blisko, że dostrzegłam pojedyncze białe piórka powtykane pomiędzy brązowe. Dostrzegłam mięciutką pierzastość jego brzuszka. Zerwałam się, by pobiec do graciarni za kuchnią, gdyż w tamtą stronę skierował trajektorię. Biegnąc chwyciłam telefon, po omacku włączyłam w nim aparat, potknęłam się o skrzynkę z narzędziami, zaplątałam się w foliowe torby leżące na środku MOJEJ trajektorii, udem przywaliłam z gracją w zdezelowany stolik porzucony pod zapomnianym przez gąbkę oknem… chodnikiem szło trzech chłopców (około dziesięcioletnich) – jedyni świadkowie tego samego widoku, zaczęli gwizdać do ptaszyska przepięknego, zakołował nad bezwodną zatoczką pełną wodorostów – odpływ – i odleciał za górę. Zdążyłam zrobić kilka zdjęć słabej jakości aparatem w telefonie. („…dajcie mi spokój z cudownym telefonami, używam go tylko do wykonywania połączeń telefonicznych! Jak sama nazwa wskazuje”. Szanowny Panie z timobajla, przepraszam, że byłam taka uparta…) 
Usiadłam z szaleńczo bijącym sercem obejrzeć moje zdobycze cyfrowe. Jezuno, nic nie widać… to okno takie uwalone, ten zoom do niczego… chwyciłam atlas ptaków. Który to jest orzeł… hmm… przedni chyba. Albo bielik. Chyba ten w pierwszej szacie zimowej (białe piórka…). Więc to młody ptak przyleciał do mnie. To znak. Zwycięstwo? Dzielność? Wolność? Uj… ile myśli na jeden wyrzut adrenaliny i serotoniny… Roztrzęsione ręce zrobiły lemoniadę. Z miodem. Patrzę w moje zdjęcia i szkice w atlasie, porównuję ogon w locie i te białe dodatki na orlim brzuchu… podnoszę głowę, by spojrzeć na niebo tam, gdzie taka cudowna wizja była mi dana… aaa!!! On jest tu znów! Równo po godzinie! Bez sensu chwytać telefon i narobić dziesięć kolejnych niewyraźnych zdjęć. Skoczyłam do lornetki, nieporadnie zdejmowałam zaślepki z okularów… spojrzałam w przestrzeń… ale piękny… matkobosko, jaki przepiękny… oddech wstrzymałm znowu – kręci mi się w głowie… z wrażenia czy z braku tlenu… mamuniu, jaki cudnie piękny… zniknął za górą. Kocham Cię, Orzełku, kocham jak w jakimś obłędzie… cokolwiek mi chciałeś powiedzieć. 
Badanie opinii tubylczej przyniosło informację: Sea Eagles w okolicy latają. Ale gdzie widziałaś? Tu nad ulicą? eee… niemożliwe… Koło okna?! He he he… może to i on… Zatem Bielik. Zwyczajny… Jedno wiem: zwyczajny to on na pewno nie był…”Rejsy na ptaki” by wiedzieli lepiej…

Tu zdjęcia, bo blog mi jakieś limity nałożył (uuuuuj!): https://www.facebook.com/beata.buzan/posts/939003739507482?comment_id=939005429507313&reply_comment_id=939007279507128&notif_t=feed_comment

A tu Rejsy na ptaki: http://rejsynaptaki.blogspot.no/

Co u ciebie? I dlaczego?

Plan był wielki: rzucić to w diabły; wydać książkę, potem drugą i czternastą; chodzić wzdłuż Tagu i przysiadać co kilkaset metrów na lampkę porto; zapomnieć, że się miało jakieś misje – co to psu na budę…

Pytania są tylko delikatnie wścibskie: i dlaczego stamtąd wróciłaś? Ale Norwegia? Piszesz tam chociaż? Nie potrzebujesz nas? Z czego żyjesz?

Rzeczywistość jest niezmierzalnie doskonała: Wszechświat zawsze nam sprzyja, tylko my czasem upieramy się, że miało być inaczej. 

Podróż po Europie z naciskiem czasowym na Portugalię była przecudna. Nie waham się ocenić jej jako najcudowniejszej ze wszystkich dotychczasowych podróży. Portugalia nie zawiodła mnie – o czym jeszcze nie raz szerzej napiszę. Wino tamże tylko i wyłącznie potwierdziło wcześniejsze obawy „mogłabym pić codziennie”. Ludzie otwarci, ale nie nachalni. Uliczki ukochanej Alfamy takie, jakie miały być… Powrót do ojczyzny nastąpił na chwilę, by parę spraw załatwić i wtedy oszołomiło mnie to nieoczekiwane zaproszenie do Norwegii. Uzasadnienie? Bo: przecież mam przedłużone jakby wakacje, szukam odpoczynku od hałasu i nadmiaru tłumów, a poza tym… „sama rozumiesz, urokowi się nie oprzesz…”. 

Siedzę zatem drugą godzinę przy oknie z widokiem na skrzyżowanie dwóch fjordów, w dłoniach kubek z kawą budzi komórki do nowego dnia. Wstałam od stoło-biurka, by upiec drożdżowe warkocze z jabłkami i kruszonką cynamonową. Poszłam w ten świeżo naprószony śnieg na spacer brzegiem wody. Góry nad fjordami są bajecznie bialuśkie, zasłaniają już słońce. Jest jakaś promienistość na niebie, stąd wiem, że słońce ciągle żyje, lecz w tej miejscowości pojawi się na niebie dopiero w lutym… ależ nieoczekiwane doświadczenie mi się przytrafiło! Zwłaszcza, że miałam w słonecznej Portugalii wygrzewać twarz. Wróciłam ze spaceru, włączyłam audiobook jakiś (nareszcie nauczyłam się ich słuchać! Poprzednie próby kończyły się odpływającymi myślami, nie potrafiącymi skupić się na gadaniu nagranym), żeby mi towarzyszył podczas gotowania kaszy jaglanej z warzywami. Sikorki wiszą na spiralnym karmniczku w oknie i drą słodko dzioby. Rozmowa z dzieckiem samodzielnym coraz bardziej nie jest zbyt długa. Dziecko nie ma czasu. Wynalezienie sposobu wykorzystania jakichś tych fal tak, żeby ten niezrozumiały (dla mnie) internet nam przesyłać, uważam za boskie. Znów siadam do stoło-biurka, piszę swój skandynawski thriller psychologiczny. Po kolejnej godzinie przesiadam się z książką w dłoni na fotel. Pochłania mnie to czytanie tak bardzo, że nie słyszę powrotu gospodarza…

Opowiada mi o swoim dniu. A u Ciebie? – pyta. Uśmiecham się szczęśliwa: To samo co wczoraj. Czyli dobrze. 

Lekcje przez skype – ciągle są do mnie chętni. Chwytam wyszywankę i relaksuję dalej mój umysł, wplatając igłą wzór w tkaninę… Gra Diana Krall. Przed snem znów lektura, podczas której nie zasypiam – jak to miało miejsce jeszcze kilka miesięcy temu! I jeszcze mała medytacja się zmieści albo joga, albo choć skupienie na oddechu. 

Tyle zajęć zmieściłam w jednym dniu… i wszystkie, które uwielbiam. Nic męczącego się nie wydarzyło… a więc takie życie jest możliwe…

A kiedy Portugalia? Gdy ten Wszechświat tak zdecyduje. Poddaję się prądowi tej rzeki, tego fjordu, tego czasu kompletnie ufna. Przede mną jeszcze Nike, Pulitzer, Nobel… czy jak im tam…

Nie zmuszajcie dzieci do jedzenia wszystkiego!

Pochyliłam się nad marchewką. Z groszkiem. Nie tak, że zadumałam filozoficznie. Tylko tak normalnie – fizycznie pochyliłam się nad garnkiem. I zdałam sobie nagle sprawę, że mam na to czas! Jak dobrze, tak trwać tu i teraz… Popatrzeć w pomarańczowość i zieloność, zaobserwować pomarszczoność groszkową. Skrytykować nierówność sześcianów i niesześcianowość niektórych kawałków przeze mnie skrojonego korzenia marchwianego. Szczypta soli, szczypta cukru, łyżka masła – same trucizny – i trochę bułki tartej, czyli węglowodany, mąka… takie tam świństwa. Cudownie. Wybrałam mały talerzyk w niebieskie kwiaty. Zieleń i pomarańcze na niebieskości. Ładnie. Subtelny, łagodny smak rozpływa się w ustach. Prawie nie pachnie, a jednak to jeden z aromatów dzieciństwa. Czas bezpieczeństwa i beztroski…

Czekaj, czekaj – bezpieczeństwa? A opowieści o “pedale na rowerze zaczepiającym dziewczynki wracające ze szkoły na Chabrowej” (koniec cytatu)? O tak, wszystkie histerycznie bałyśmy się tego młodego człowieka przejeżdżającego na rowerze, gdy rano szłyśmy na zajęcia. Nawet nie patrzył na nas. Odwracał głowę od rozwrzeszczanych dzieciaków. (pedał) Nigdy do żadnego się nie odezwał, ale wieści niosły, że są świadkowie jego głosu. (zaczepiający) I biegłyśmy co sił w nogach, by tylko przekroczyć bramę szkoły, bo dopiero za nią jest bezpiecznie… Po południu w drodze powrotnej nigdy go nie spotkałyśmy. (wracające ze szkoły)

A ta beztroska? “Co było zadane z matematyki”? “Trzy zadania z książki”. O nie! I to bicie serca i to przerażenie i ta nadzieja, że zdążymy przepisać za chwilę od… no właśnie! Od kogo? Kto będzie na tyle nieuczciwy, żeby dać przepisać…

Zatem to chyba bzdura, że dzieciństwo pełne było zachwytów, zapatrzeń i zamyśleń. W dzieciństwie nie było spokojnych momentów, gdy można się było zapatrzeć w groszek z marchewką. Chwilę pogrzebałam w pamięci. Jest! Pamiętam taki moment. Zielono-pomarańczowe warzywa, obok parują żółte ziemniaki polane tłuszczem ze smażenia kotleta. A kotlet… (w tym miejscu pierwsze cztery dźwięki piątej symfonii Beethovena – ów ironiczny motyw losu)… kotlet jest z karkówki! Nie! Rozdzierający wrzask duszy, która znowu będzie musiała wziąć udział w katuszach ciała: zaciskające się gardło, ponieważ język już podał informację do mózgu, że oto ten koszmarnie tłusto, obrzydliwy smak białych włókien rozpostartych wygodnie pomiędzy mdląco szarymi wkracza do świątyni jamy ustnej. Mama, która grubo zasypała mięso pyłem suszonego majeranku, by zaakceptowało je rozkapryszone podniebienie dziecka nierozumiejącego jakim wyczynem był zakup mięsa bez kości, stoi nad męczennikiem.

- Jedz! – wrzeszczy, zapewne z troską. (Delikatna sekcja smyczkowa lekko ślizgająca się po strunach już zaraz przejdzie w rozpędzone myśli pełne zrywów o niskich dźwiękach waltorni popędzanych przez kotły.)

Załzawione oczy zawisły na marchewce i groszku. Pragnęły się zanurzyć w intensywnych barwach natury, pragnęły nie widzieć ochłapu mięsnego, który najpierw w postaci zębami przemielonej po wielokroć papki zalegać będzie w kieszeniach policzków, następnie ostatkami sił przesunięty zostanie do przełyku, by tam zamykać drogę strumieniowi powietrza pragnącemu dostać się do płuc. By wreszcie kamieniem spocząć w żołądku. Ku zadowoleniu kochającej mamy, szczęśliwej, że na reszcie coś zjadłaś, dzieciaku…

Groszek z marchewką zostały na koniec, na pocieszenie, niczym nagroda za cierpienia… lecz cóż to? Nie chcesz teraz marchewki? Bo co? Przecież lubisz! Rozpacz podczas spożywania karkówki odebrała wszelką radość, jaka mogłaby przyjść potem. Wszelką. Świat już nigdy nie będzie taki sam. To nie pierwszy i – co gorsza – nie ostatni kotlet z karkówki w dzieciństwie. Będą mu towarzyszyły ciemno różowe buraczki, pięknie beżowy kalafior, żółciutka fasolka szparagowa. Świadków tortury będzie jeszcze wielu. I znikąd pomocy. Najmniej od kochających członków rodziny. (rozbudowana instrumentalnie koda, masywne forte) Bezpieczeństwo i beztroska…

(jakiś czas temu minęłam w wielkim samie mężczyznę z roweru, szedł z kobietą i nastoletnimi dziećmi – moja dorosła ocena jego powierzchowności była dojrzała i obiektywna: normalny facet z normalną rodziną. Nie ufam jego oczom.) 

Strefa upragnionej ciszy

W Hiszpanii krzyczeli wszyscy. I wszystko. W restauracji dziesięcioosobowa rodzina, której członkowie mówili na raz – każdy w tym samym momencie zadawał pytania, odpowiadał na nie, relacjonował wydarzenia dnia. Wszystko równocześnie. Podszedł kelner, przyjął zamówienie od wszystkich w jednym momencie. Pisał szybciej niż ja, gdy uczeń na konwersacjach popełnia błąd za błędem i staram się zanotować tylko te istotne uwagi na temat jego gramatyki… 

Dzieci biegające po głównym placu miasta po 22:00 – rozwrzeszczane. Nie znają zmęczenia. Mewy nad naszymi głowami drą dzioby, by zagłuszyć dzieci. Muzyka dobiegająca z wnętrza miasta dudni. Morze szalejące przy falochronie huczy, by wszystkie dźwięki pochłonąć. A wzdłuż autostrady znaki drogowe w nadmiarze niezrozumiałym krzyczą do kierowców. Obok siebie – niektóre oddzielone zaledwie paroma metrami: dokąd prowadzi autostrada (przynajmniej sześć miejscowości); ile kilometrów do każdej z tych miejscowości (osobna tablica); ile zjazdów na najbliższym odcinku około dwudziestu kilometrów;  dokąd każdy zjazd zaprowadzi; jakie jest ograniczenie prędkości, a jaka jest sugerowana bezpieczna prędkość w tym miejscu (zawsze różne od siebie); czy światła powinny być włączone czy nie; że będzie zakręt za 5 kilometrów; i że wjeżdżamy na most, w tunel… no przecież te wszystkie informacje są potrzebne…

2015-07-23 17.30.162015-07-23 17.30.19

 

2015-07-23 17.32.07 2015-07-23 17.31.59 2015-07-23 17.31.00

Z żalem zostawiliśmy paellę… i chorizo… i sangrię z owocami… Przejechawszy most de Rande (część hiszpańskiej trasy atlantyckiej!), pocisnąwszy pedał gazu, przekroczyliśmy granicę hiszpańsko-portugalską. Łzy wzruszenia odebrały mi zdolność robienia zdjęć na kilkanaście kilometrów. Autostrada natychmiast poinformowała, że to jest inny kraj. Milczenie na poboczu było kojące. Znak informujący, że tą trasą dojedziemy do Porto. I jeszcze jeden, że ograniczenie prędkości to 120 km/h. Żadnych sugestii dotyczących bezpieczeństwa.

Podekscytowani jak (nieme) dzieci postanowiliśmy zjechać do pierwszej miejscowości, na jaką poprowadzi zjazd z autostrady. Wygrała Viana do Castelo, której historia sięga XIII wieku – choć (donosi Wikipedia) wykopaliska wskazują na osadnictwo na tych terenach już w środkowej epoce kamienia. Nad niewielkim miasteczkiem o niskiej zabudowie wznosi się wzgórze z neobizantyjskim kościołem z XIX wieku. No ładny.

Viana do Castelo powinna przedstawić swoim gościom jakiś kasztel. No tak… gdzieś tam jest na lewo, potem prosto, potem nad wodę, potem znów w lewo… przecież zmęczymy się tyle idąc… przeszedłszy kilka cudnych (oczywiście krętych) uliczek, minąwszy dwie starsze panie rozprawiające cichutko, acz energicznie o zakupach, zrobiwszy fotografie pamiątkowe pierwszych napotkanych kafelków portugalskich – weszliśmy do pierwszej z brzegu maleńkiej knajpki. Przy barze siedzieli czterej mężczyźni. Korpulentni, zmęczeni upałem – a może pogrążeni w portugalskiej saudade? – nachyleni nad swoimi lampkami. Podnieśli głowy, gdy turystka (kobieta?!) radosnym tonem poprosiła o wino. Porto. Tak, koniecznie poprosimy porto. Schłodzone? – zapytał starszy pan ze zdeformowanymi palcami – tortury minionych reżimów? Koniecznie schłodzone. Jak schłodzone to białe. Skwitował i nasze zdziwione usta zanurzyły się pierwszy raz w życiu w białym porto… mmm… coś jak muszkatel tylko mocniejsze. Aromat jakby koniaku. Słodycz jakby miodu… Rozkoszowaliśmy się przy maleńkim stoliku ustawionym na bruku. Przy stoliku obok siedział pan po sześćdziesiątce. Przed nim maleńka filiżanka z kawą, sudoku, mnóstwo blaszanych pudełek. Och, ileż one kryły skarbów! Jedno pudełko było piórnikiem pełnym ołówków, gumek do wycierania nietrafionej liczby w diagramie sudoku; drugie pudełko kryło bibułki do skrętów; trzecie było maszynką do robienia skrętów; w czwartym oczywiście był tytoń; zaś piąte zapełnione było małymi porwanymi kartonikami, które starszy pan rolował za pomocą małej brzytewki. Leżało też puste podłużne, metalowe pudełeczko…. może od okularów… Siedział tyłem do tych w barze. Siedział tyłem do nas. Siedział profilem do słońca. Cisza panująca w miejscu pełnym zadumanych mężczyzn była jak koc w chłodny sierpniowy wieczór na Kaszubach. Otulała swą delikatnością. Aromatyczny nektar w niewielkich krępych lampkach dodał nam wigoru. Poszliśmy na spacer nad morze. Na Placu Wolności przejmujący pomnik – w żelaznej, zardzewiałej bramie zerwane kajdany. Pomnik 25 kwietnia – wspomnienie Rewolucji Goździków. To jeden z przełomów w historii poturbowanego narodu: w 1974 roku przeciw reżimowi wystąpił generał de Spinola. Który zdegradowany, wybrany na prezydenta, stawiając opór, spowalniając dekolonizację, wywołując pucz wojskowy, został wreszcie zmuszony do ucieczki z kraju… kraj znalazł się w rękach socjalistów… A jeszcze rok temu myślałam, że Portugalia to taki spokojny kraj na krańcu Europy, w którym tylko wiatry zakręcają i niewiele się dzieje po latach „świetności” kolonialnej. Tyle jeszcze historii do zgłębienia. 

YES!

YES!

2015-07-23 18.51.24 2015-07-23 18.52.14 2015-07-23 18.53.24

No i dostałam tylko w tym rozmiarze... ale wzięłam, bo ładne...

No i dostałam tylko w tym rozmiarze… ale wzięłam, bo ładne…

2015-07-23 18.54.38

A niebieskie mieli?

2015-07-23 18.54.17 2015-07-23 18.55.36 2015-07-23 18.55.43 2015-07-23 18.55.58 2015-07-23 18.56.15 2015-07-23 18.57.33 2015-07-23 18.57.47

Wystawa sklepu z wianmi

Wystawa sklepu z winami

2015-07-23 19.13.34

2015-07-23 19.14.17 2015-07-23 19.14.36 2015-07-23 19.15.12 1024px-Monte_de_Santa_Luzia_basilica_from_Viana_do_Castela_(5707961821) Viana_do_Castelo_-_Portugal_01

Co słonko widziało, czyli opowieść mi(s)tyczna w obrazach

03.02.2014

Preludium do optymistycznego powrotu



3190_0.983339001391464491_buty bruk glob pareidolia

Młoda duchem, układem kostnym zaś w wieku średnim, Dziewczyna stała nad fjordem. Już kolejny raz odwróciła się, by spojrzeć na drogę przebytą od wschodu. Słońce wstawało ponownie – co obiecał jej drobny człowiek stojący między dębami. Bogu dzięki, że znów się obudziła! Grieg dyrygował, a Peer Gynt udowadniał, że woli pasać gęsi. Pomyślała, że czas zrzucić ciasny gorset przyzwyczajeń, lecz wysuwająca się na pierwszy plan myśli teoria grawitacji przypomniała, że nie tylko jej szkielet przekroczył wcale nie magiczną linię kobiecej dojrzałości. Poluzowała więc zaledwie sznurki, by móc głęboko wciągnąć pachnące przygodą powietrze przyniesione przez wiatry od strony oceanu. Płaskostopie poprzeczne dokuczało ściśnięte w pantoflach sprezentowanych przez Millę Jot. Z żalem – bo wysoki obcas tak pięknie wysmukla łydkę – zamiast gorsetu zrzuciła ulubione prady i wybiegła wyjściem ewakuacyjnym z balu histeryków, któremu patronował oczywiście pląsający święty Wit. Szerokim łukiem ominęła gaśnicę, gdyż nie zamierzała tracić czasu gasząc zgliszcza na nic już przydatne. Przed nią, niczym przed Dorotką, rozpościerała się nie taka żółta ceglana droga. Wyruszyła odważnie. Gdy tylko poranne słońce Griega wychyliło się zza horyzontu już w całej swej średnicy, głosem Judy Garland zanuciła ”(Somewhere) over the rainbow”.

- Nie będę Solvejgą! Nie wypłaczę już i tak krótkowidzących oczu! Ponad tęczą drozdy takie cudne trelują. Wyruszam w nową podróż i Guzik! Z pętelką. – zbiegła z góry nad fjordem pochylonej… a może był to jednak gdyński klif? Śmiała się w głos, gdy wiatr plątał jej włosy. Świat to tylko mała kula, którą może zmieścić w swych obu – jakże pojemnych – dłoniach. Obliczywszy dokładną długość i szerokość geograficzną swoich marzeń, zdjęcie w ramce położyła obrazkiem odlatujących aniołów do dołu. Wypłynie na otwarte przestrzenie, by zmierzyć się z lewiatanami rozklonowanymi przez pijanych naukowców w laboratorium nieodpowiedzialnie ich zatrudniającego Losu.

Na stole mesy jej okrętu cieplutkie pulki* parowały. Dziewczyna z wyraźnymi objawami pareidolii zauważyła w ziemniaczanej parze dobrotliwą kałamarnicę, która otuliła ją ośmioma ramionami: przyjaźni, wiary, nadziei, miłości, dobrobytu, zdrowia, sukcesu w pracy i spełnienia marzeń. Głowonóg szepnął: Nie bój się węży Gorgony, jednorożec wypłakał już wszystkie łzy na nie. Teraz z pegazem leć szczęśliwa, leć nim w niskim wieczornym słońcu cienie nasze większe będą niźli my sami.

 

* kartofelki po kaszubsku, najlepsze śledziem przekładane…

(tekst w oparciu o dramat Henrika Ibsena „Peer Gynt” i z wykorzystaniem słów, które zalęgły się w moim umyśle po różnorodnych lekturach poetów polskich i zagranicznych)

Kiedy to się dzieje?

09.10.2014

Pracuję po dwanaście godzin dziennie. W soboty przypilnuję tylko parę godzin dziecko koleżanki, albo siostry, albo pomogę innej koleżance w biznesie… w niedziele wypełnię przysługi dla rodziny… w poniedziałki pobiegnę do pracy… w środy osiągnę apogeum zmęczenia i szczyt najniepoważniejszej ilości godzin spędzonych poza domem. Dom… nawet go przecież nie mam… pomieszkuję tu tylko… Uciekam od nadmiaru ludzi. Do łóżka… nie mam siły czytać… ani pisać… ani na szczęście płakać… Budzę się i biegnę do pracy…

Wszystkiego za dużo. Wszystkich za tłoczno. Śmierci za często – najpierw umarła miłość, i Tata, potem umarł Różewicz (dziś urodzinowy), i przyjaciel z dzieciństwa, któremu odwagi dodał umierający Robin Williams, i ”sąsiadka” znana w całej Polsce…

Jednak samotność to. Doskwierająca. Kiedy będę ja? Kiedy powiruję roztańczona w ramionach… czyich? Nie wiem. Jednak nie wiem.

Uśmiecham się mimo to. Nikt się nie dowie.

  • Awatar
    fibula vel Joa · 10 mies., 3 tygodni temu

    Beato Pełna Pogody i Rozterek, wysyłam Ci promyk ze zwierciadlanego zakątka i muzyczne ukojenie 

    (kiedyś ten utwór został mi tu ”podarowany”, więc ślę go dalej, do Ciebie :) ).

  • Awatar
    Beata · 10 mies., 3 tygodni temu ·

    Joo, dziękuję za słowa, promyk i za muzyczne ukojenie. Wszystkie przyjemne i przydatne. Uciszam demony… :)

  • Awatar
    Mary · 10 mies., 3 tygodni temu

    Ech, ja też coraz częściej zadaję sobie takie pytania, na które nie ma na razie odpowiedzi… I – mimo wszystko – uśmiecham się :-) . Serdeczności, Beato! ♥

  • Awatar
    Asia · 10 mies., 3 tygodni temu

    Jesteś szalona, Beata, pięknie szalona! :-)