Kiedy to się dzieje?

09.10.2014

Pracuję po dwanaście godzin dziennie. W soboty przypilnuję tylko parę godzin dziecko koleżanki, albo siostry, albo pomogę innej koleżance w biznesie… w niedziele wypełnię przysługi dla rodziny… w poniedziałki pobiegnę do pracy… w środy osiągnę apogeum zmęczenia i szczyt najniepoważniejszej ilości godzin spędzonych poza domem. Dom… nawet go przecież nie mam… pomieszkuję tu tylko… Uciekam od nadmiaru ludzi. Do łóżka… nie mam siły czytać… ani pisać… ani na szczęście płakać… Budzę się i biegnę do pracy…

Wszystkiego za dużo. Wszystkich za tłoczno. Śmierci za często – najpierw umarła miłość, i Tata, potem umarł Różewicz (dziś urodzinowy), i przyjaciel z dzieciństwa, któremu odwagi dodał umierający Robin Williams, i ”sąsiadka” znana w całej Polsce…

Jednak samotność to. Doskwierająca. Kiedy będę ja? Kiedy powiruję roztańczona w ramionach… czyich? Nie wiem. Jednak nie wiem.

Uśmiecham się mimo to. Nikt się nie dowie.

  • Awatar
    fibula vel Joa · 10 mies., 3 tygodni temu

    Beato Pełna Pogody i Rozterek, wysyłam Ci promyk ze zwierciadlanego zakątka i muzyczne ukojenie 

    (kiedyś ten utwór został mi tu ”podarowany”, więc ślę go dalej, do Ciebie :) ).

  • Awatar
    Beata · 10 mies., 3 tygodni temu ·

    Joo, dziękuję za słowa, promyk i za muzyczne ukojenie. Wszystkie przyjemne i przydatne. Uciszam demony… :)

  • Awatar
    Mary · 10 mies., 3 tygodni temu

    Ech, ja też coraz częściej zadaję sobie takie pytania, na które nie ma na razie odpowiedzi… I – mimo wszystko – uśmiecham się :-) . Serdeczności, Beato! ♥

  • Awatar
    Asia · 10 mies., 3 tygodni temu

    Jesteś szalona, Beata, pięknie szalona! :-)

Epifania

29.07.2014

Bardzo dziwny dzień. Jeden z tych, co podejmują za nas wielkie życiowe decyzje.

Przepiękna pogoda, bardzo ciepło, nawet upalnie, ale przyjemna bryza od morza pozwalała na łagodniejsze zaakceptowanie temperatury. Koty leżały w bezruchu z łapkami rozrzuconymi na cztery strony świata, pragnąc chłodzić wszystkie zagłębienia kocich ciałek. Ptaki na zewnątrz śpiewały tylko wcześnie rano, a potem umilkły. I pomyślałam, że Tata tak bardzo chciał przeżyć kolejne lato… poczułam żal, że nie będzie miał te okazji. Czytałam Bunina miliardny raz, otwierałam tomik na chybił trafił. I trafiłam na ten wiersz:

* * *

Nadejdzie dzień, gdy mnie nie stanie,

W komnacie opuszczonej

Trwać ławy będą, stół zostanie

Zupełnie swojskie, niezmienione.

 

Tak samo będą się motyle

W firankę wplątywały,

Żeby łopotać, drżeć przez chwilę,

Gdzie biały łuk powały.

 

I będzie niebo grać tak samo

Z szybami okna, z jego ramą.

Tak samo będzie sine morze

W pustynne wabić swe przestworze.

 

I poczułam ten ogromny żal, że motyle ciągle wplątują się w tę firankę na oknie, przy którym siedział całą zimę. Przypomniałam sobie, gdy leżał w trumnie. To już nie był on. Nie czułam go w nim. Nagle taka okrutna myśl stanęła w moim umyśle… że umieramy i to koniec. Po prostu cholerny koniec. Dalej nie ma nic. NIC. Nie ma ducha, który czuje, myśli, tęskni, raduje się… Ciało mojego ojca nie było moim ojcem. Owszem, wydawało mi się potem kilka razy, że pewne sytuacje były przesiąknięte jego energią. Że zdawało mi się, jakby maczał w tym palce. No właśnie: zdawało mi się. My, którzy zostajemy, dopatrujemy się znaków, mamy nadzieję, że dusze ukochanych są blisko. Jeśli nie mogą być blisko, to chcemy wierzyć, że z pewnością są szczęśliwe. Bzdury. Czasoprzestrzeń byłaby taka duszna, taka ciasna – pełna wszystkich kiedykolwiek istniejących dusz. Niech sobie jest Bóg, niech ma jakiekolwiek imię, które można lub którego nie można wymawiać… ale my odchodzimy w nicość i NIC pozostaje po nas wśród żywych.

Pojechałam na spacer na gdyński bulwar, właściwie na ścieżkę ponad bulwarem, by mniej ludzi spotkać. Patrzyłam na spokojne morze, wciągałam jego zapach, próbując zapamiętać go dobrze, by był wspomnieniem w dniu, w którym mój kres przyjdzie. Siedziałam na ławce, czytałam książkę, obserwowałam ludzi. Wtem odezwały się mewy – wrzeszczące wariatki. Patrzyłam na nie krążące nad wodą. Tak, one też odchodzą i z pewnością ich dusze nie błąkają się pomiędzy żywymi pobratymcami. Muszę zacząć oswajać się z tym, że jestem ateistką jednak. Jakkolwiek romantyczna nie byłaby wiara w boga, w duszę – ja już wiem, że nie ma tego wszystkiego…

W domu zrobiłam lekką kolację, lampkę wina nalałam i postanowiłam obejrzeć film. Nie oglądałam żadnego filmu od kilku miesięcy. Dziś to zrobię. Długo nie mogłam się na żaden zdecydować. Nic ciekawego nie widziałam na liście dostępnych seansów. Wreszcie padło na „Niebo istnieje… naprawdę”. Tylko dlatego, bo oparty na faktach. Oczywiście, że od początku dla „nadprzyrodzonych” scen znajdowałam wyjaśnienia bardziej lub mnie logiczne, naukowe, empiryczne. A gdy film – niekoniecznie porywający – skończył się, usiadłam, by wszystko powyższe zanotować tu właśnie. W blogu dla mojej córki. Kiedyś przeczyta moje zapiski. Wtedy też dowie się, że mój duch będzie zawsze w pobliżu niej, by nigdy nie czuła się samotna. Wtedy też dowie się, że moje dusza / energia / atomy / myśl / wiara / miłość już teraz tęsknią do naszego niedoskonałego świata, za którym potem nie będą tęsknić. Bo cokolwiek jest TAM, to na pewno nie jest tęsknota i na pewno to nie jest NIC.

Jasna cholera, nie umiem wierzyć. Nie umiem NIE wierzyć. I do tego lubię romantyczne wizje bliskich stojących obok nas.

Grek Zorba w zagiętej czasoprzestrzeni

16.02.2014

Scena Letnia Teatru Miejskiego w Gdyni znajduje się na plaży. Każdego lata wystawiane tam są sztuki, a w tle szum fal, a we włosach wiatr, a sweter wodorostami pachnie (sweter to konieczny element wieczorowego stroju, gdyż chłodne są powiewy zmierzchu nad polskim morzem). Jest tak nieteatralnie… a tak bardzo jest to Sztuka (przez duże S). Najbardziej spektakularna była ”Burza” Szekspira, gdy nad Zatoką Gdańską, za plecami aktorów, błyskawice uderzały w powierzchnię wody.

Jednak ja wspominam, pośród wielu, jedno szczególne spotkanie z ulubieńcami gdyńskiej sceny. Był to ”Grek Zorba”. Bliski mi jest zwłaszcza ze względu na miłość do życia, które nie cacka się z takimi pozornie naiwnymi optymistami i tym szczególniej ich doświadcza. Dlatego byłam kolejny już raz na tym spektaklu.  Wdychałam słony zapach  morza, nogą tupałam do rytmu greckich melodii i czułam, że Zorba jest mi taki bliski duchem. Wtem nad głowami publiczności rozegrał się dramat. Kilka mew rozkrzyczało się szaleńczo, bitwę stoczyły, aż pióra fruwały. Jedna miała skarb, na którym zależało wszystkim innym. Po chwili widzowie zapomnieli o mewach, aktorzy nie mieli wyboru, jak zapomnieć, a ja dalej wodziłam za mewami wzrokiem. Straciłam już z oczu scenę, aktorów, nie słyszałam ulubionej w moim teatrze muzyki… Ja byłam z ptakami. One przecież nie zważały na dziwną konstrukcję na plaży, na dźwięki głośne dobiegające z głośników na piasku… one podążały za rytmem życia… tym samym od tysięcy, milionów lat… Milionów? – pomyślałam. Wyobraziłam sobie, że dokładnie w tym miejscu jeszcze niedawno (w skali wieku wszechświata, to niedawno) biegały dinozaury… hmm… nie mogły biegać, bo tu było morze aż po Wieliczkę co najmniej… zatem pływały. I mewy tak samo przelatywały, tylko większe znacznie były. I skąpopióre zapewne.

Od tamtego wieczora wyobrażałam sobie wielokrotnie, kto i co w miejscu, w którym akurat stałam, 100 lat temu, 500 lat temu, tysiąc lat temu był, co się z nim działo. W zamkach, starych domach, na starych mostach zamykałam oczy wyobraźni i przywoływałam postacie, wydarzenia z przeszłości. Aż pewnego razu trafiłam na Szymborskiej rozważania: „Idąc w stronę Rynku ulicą 18 Stycznia i Karmelicką, unoszę się, gdy tylko zechce moja wyobraźnia, nad bezbrzeżną powierzchnią wód. Albo, dla urozma­icenia trasy, przeskakuję myślą wiele milionów lat i oto podziwiam widoki ustępują­cego morza. Widzę płytką zatokę poprzecinaną mierzejami. W miejscu ruchliwego skrzyżowania, między Karmelicką i Szewską, spostrzegam dziwną istotę pełznącą po mokrym piasku. Mimo że czerwone światła wstrzymują ruch pieszy, stworzenie owo, ni to ryba, ni to płaz, pakuje się z całym spokojem pod koła rozpędzonej ciężarówki, po chwili wyłazi nietknięte i w najlepszym humorze zdąża w kierunku wody. Jakie to szczęście, myślę, że scena ta rozgrywa się poza zasadą sztuk klasycznych! Błogosławiona niezgodność czasu z miejscem uchroniła jednego z naszych przodków przed wypadkiem drogowym…” Jakie było moje zaskoczenie! Nie tylko ja zawracam sobie głowę takimi zbędnymi bzdurami. I kto! Sama noblistka! Czułam się usprawiedliwiona.

Aż tu nagle dalszy ciąg mojej historii. Kilka tygodni temu zobaczyłam w internecie niesamowitą rzecz. Czy ktoś śledzi moje myśli? Czy po prostu ja nie jestem taka szczególna? Och, jak to dobrze, że ktoś jeszcze ma taką wyobraźnię, dzięki temu miałam możliwość doświadczyć niesamowitych wrażeń. P.S. Pisząc te słowa, siedzę w mieszkaniu Babci Heleny. Słyszę ją, jak krząta się w kuchni… Czuję zapach jajecznicy, którą szykuje mi na kolację… jestem bezpieczna, tak jak wtedy, gdy żyła…   
http://petapixel.com/2013/04/02/photos-of-modern-day-locations-blended-with-shots-of-major-historical-events/

eiffel

Drogich demonów dygresje i dywagacje

14.02.2014

Dobrowolnie oDemknęła drzwi.

Dobrotliwie dotknął dajmona dziewczyny. Drgnęła delikatnie. Długo dłubała długopisem dno doświadczenia. Dlaczego dokładać do dawnych dławień dodatkowe drażliwe dobrodziejstwa? Dość!

Drogi dlań druh dyskusyji doręczył dnia drugiego dziewiątkę denarów – drogowskaz dojścia do dobrobytu duchowego. Dumała dwie doby. Dłonie drżały denerwując duszę destrukcyjnie. Depresyjny darmozjad dogryzał dręczącymi domysłami. Dociekliwie dopytywała – dom, dzieci, długi, deklaracje. Drążenie definicji doktrynalnych doprowadza do dalekosiężnych dramatów, dlatego decyzja dobicia dawno dogorywających durnot – dobrą decyzją. Drzemka doładowałaby do działania. Doczekanie drzemki dyskusyjne… dwujęzycznie? Doubtful.

Dopuściła dionizyjski doping, drinkiem drenując drastyczne dyrdymały. Dypsomania? Dobrze. Dobrzej, dziewczyno. Dzielnie działaj, dobrnij do domu dzikości dziewczęcej duszy. Dodatkowo doszły doń dziedziczone dewiacje, dysfunkcjonalne DNA, dokonanie się destynacji doli – doborowe dominanty. Duma Darwina! Do dzieła! Dyskwalifikuj dwie, dekoduj dokończenie dramy. Dalej!

Daktyloskopia dotyku dała do dumania… długo dumała – dreamt… dziękowała dobroczyńcy.

Dysonans dyskursywny – dlaczego damascenka Damoklesa dynda? Daje dowolność decyzji. Decyduj delikatnie…

Burzliwe bywa Bycie. Brunetka brnęła brzegiem Bałtyku, bardzo bliska oBłędu. Bratnie byty były blisko, bezlitośnie błądząc. Byle blogową baśń bajronicznie bajdurzyć – będzie bajecznie, bo belcanto brzmi bakałarce bosko. Brawurowo balansowali na bryle Babel… Barbarzyńskie brednie bezbrzeżnego brainstormu blokowały barwną bonanzę.

Drobnomieszczańska dramatopisarka dbale dobiera duby, dzieło doczesne dyktuje, dopiski dołącza drobnym drukiem.

Dopiła drinka do dna. Dobranoc, Dobrodzieju Duszy.

Ornitologicznie

10.02.2014.

Za oknem przedwiośnie szaro-bure, z brudnymi plamami śniegu, śliskimi zaspami skamieniałymi pod grubą warstwą ulicznej ohydy. W sercu wcale nie wiosna, ni nawet przedwiośnie, lecz jakiś bezpłciowy marazm nicniechcącej, nieokreślonej chwili. Postanowienie optymizmu uwiera… Założyłam ”lumpy” (to nie są zwykłe ubrania… to takie, które postanawiają, że dziś nie rozmawiamy z Ludźmi), buty podróżniczki i wsiadłam w samochód. Ruszyłam przed siebie. Dokądkolwiek. Zaraz za miastem okazało się, że słońce wychyla się zza stalowej kotary nieba. Mmm… jak cieplutko grzeje przez szybę, zwolniłam, by jedną ręką wyswobodzić się z kurtki. Przejeżdżając przez okolicę zalesioną zauważyłam, że nie ma żadnych (po)śniegowych plam… zwolniłam więc nieco, by przyjrzeć się przyrodzie. Nie będę zmyślać dla upiększenia tej relacji, że pączki na gałęziach i młode ździebełka traw… ale te szarość i burość i brązy przegniłe, które zostały odsłonięte, gdy śniegi stopniały, miały w sobie coś szczególnego. Otworzyłam okno, samochód toczył się powoli. Słyszałam kosa. Zmartwił mnie trochę tym śpiewem, bo przecież to początek lutego – wszyscy ucieszymy się miłą pogodą, a mrozy mogą wrócić i poturbować niepotrzebnie zbudzone nadzieje kosa i naiwnych pączków, które jednak zechcą poprzeciągać się w świetle rozbawionego słońca…

Czekaj, czekaj… miało być miło i nadziejnie!

Wyjechałam z lasu, przede mną pola po horyzont. Kretowisk mnóstwo. Zatrzymałam samochód. Pospacerowałam trochę. Ptaki nierozpoznawalne dla mnie śpiewały. Wiatr  delikatny ledwie głaskał po twarzy. Promienie słoneczne całowały czoło. Zamyślona przysiadłam na kamieniu. Wstań, dziecko, wilka się nabawisz… uśmiechnęłam się na to wspomnienie, ale nie wstawałam. Cisza pomiędzy trelami, aż w uszach dzwoni. Jest pięknie. Ciężko jak cholera, ale pięknie. Dobrze, matko naturo… ja tu posiedzę jeszcze pięć minut, poczekam na znak jakiś. Przeleciał nade mną duży ptak. Chciałabym myśleć, że jastrząb, ale to raczej był myszołów. Tak czy inaczej – wysłannik bogów. Co przekazali? Że są, że czuwają, że podążaj, Beato dalej tą drogą…? Tak, na pewno wszystkie z powyższych. Ruszyłam w drogę powrotną. Na trasie szybkiego ruchu włączyłam radio. Darli się Beatlesi, ja z nimi. I druga piosenka, teraz ja darłam się głośniej od nich, uderzałam do rytmu w kierownicę, machałam głową pełna przedwiosennej energii. Na równoległym pasie zrównał się ze mną pan w średnim wieku, spojrzałam na jego zaciekawienie. Uśmiechnęłam się, nie przestając śpiewać. Rozbroiłam jego powagę, nie zniósł mojej radości i odwzajemnił uśmiech, po czym wyrwał do przodu. Może teraz myśli o wariatce, która za kierownicą tańczy i życie wydaje mu się zabawniejsze.

Radosna weszłam do domu. A tam kolejna bomba od losu… a weźcie wy mnie wszyscy pocałujcie… ja mam ptaszysko na gałęzi – to może być nawet jastrząb – dokarmiam i zamierzam utuczyć to bydlę! Postanowiłam!

Nadzieja – najlepsza nieludzka przyjaciółka

08.02.2014

Nastolatką będąc przyjaźniłam się z poezją Emily Dickinson.

Przypomniał mi się dziś jej wiersz 314 (254) o nadziei. I nie dopuszczę do śmierci kanarka, który tyle razy śpiewem prowadził mnie dalej.

 

“Hope” is the thing with feathers -
That perches in the soul -
And sings the tune without the words -
And never stops – at all -
And sweetest – in the Gale – is heard -
And sore must be the storm -
That could abash the little Bird
That kept so many warm -
I’ve heard it in the chillest land -
And on the strangest Sea -
Yet – never – in Extremity,
It asked a crumb – of me.

Również niech Nikt mnie nie przekonuje, że Stanisław Barańczak to zbyt swawolny tłumacz. Cenię jego swobodę dobierania słów, która świadczy o całkowitym oddaniu się we władanie Euterpe. Tak jej zaufał, że robiła z nim, co chciała. A kto jak kto, ale ona zna się na poezji. Dobrze, jeszcze czasem dzieliła się nim z Talią. Też specjalistką. Lecz ta palców (ni maski teatralnej) w poezji Dickinson nie maczała.

„Nadzieja” jest tym upierzonym
Stworzeniem na gałązce
Duszy – co śpiewa melodie
Bez słów i nie milknące -

W świście Wichru – brzmi uszom najsłodziej -
I srogich by trzeba Nawałnic -
Aby spłoszyć maleńkiego ptaka,
Co tak wielu zdołał ogrzać i nakarmić -

Śpiewał mi już na Morzach Obcości -
W Krainach Chłodu -
Nie żądając w zamian Okruszka -
Choć konał z Głodu.

12 miesięcy minęło

26.01.2014

Rok temu wyruszyliśmy wesołym autobusem (czteroosobowym :) ) do Olsztyna. Mróz, śniegi do pół koła, wielkie emocje przed koncertem w filharmonii – jedno z nas na scenie z zespołem i Orkiestrą Symfoniczną Filharmonii Warmińsko-Mazurskiej, reszta na widowni. Po koncercie otwierającym Rok Lutosławskiego marznięcie na Starym Olsztyńskim Mieście. Barejowskie scenki. Było cudownie.

Gdybym wtedy zastosowała stoickie premeditatio malorum – czy też bym tak świetnie się bawiła? Nie bawiłby mnie nieznajomy pan elektronik, gdybym wiedziała, że wszystko może się skończyć boleśnie. Wizualizowanie najczarniejszych scenariuszy ma mnie nauczyć docenienia tego, co jest. A jeżeli doceniam to bez wyobrażeń o stracie? Przecież nawet język tamtej relacji jest radosny i optymistyczny. Zamartwiać się na zapas i to bez pewności, że jest rzeczywiście czym? Zachować stoicki spokój. Okazuje się, że nie potrafię. Chcę być hedonistką – takie fiu-bździu, co nie ma trosk. Chcę żyć teraźniejszością, nie roztrząsać przeszłości i nie martwić się przyszłością. Tak sobie czerpać pełnymi garściami, byle było miło, nie patrząc skąd czerpię… Dobrze, trochę zbyt egoistycznie – ja zazwyczaj staram się zważać na konsekwencje swoich czynów. Epikurejką więc chociaż być… Kiedyś taka byłam, ale w procesie ewolucji coś się zmutowało.

Teraz piosenka mi o tym przypomni ;) 

(”Sanacja” też nagrała ten utwór w swojej aranżacji, ale nie znalazłam linka)

Przez dwanaście miesięcy tyle murów upadło od trąb nie tylko jerychońskich, wiele kryształowych ideałów rozbito w drobiazg, panowała przytłaczająca tęsknota za żywymi i umarłymi… a ja staję w oknie, z kawą, patrzę na to drzewo, które przypomina mi komórkę nerwową i nie zamierzam wyobrażać sobie (jeszcze?) gorszego obrotu spraw! Uwierzyłam w nagły zwrot akcji. Nie bez powodu amerykańskie kino cieszy się takim powodzeniem.

Żal białych ptaków, co pomknęły w dal

16.01.2014

Edmund urodził się w młodziutkiej Gdyni, na jej ówczesnych obrzeżach. Za domem na podwórku chodziły kury, stała stara czereśnia, a za szałerkiem niewielki był warzywniak. Edmund biegł ochoczo do szkoły przez pole zboża, przez łąki, na których krowy się pasły… Do lasu chodził nie tylko po grzyby, ale i do Cyganów, żeby podglądać jak gotują. Biała koszula, w którą matka go do kościoła ubrała, cała sadzą wysmarowana, bo pomagał im doszorować kocioł, w którym kurę gotowali. Taki szczęśliwy do domu wracał, a matka ręce załamywała i ścierką bez łeb raz i drugi zdzieliła, a potem tylko pod nosem mruczała.

Został kucharzem, szkoły skończywszy, praktyki w Wejherowie i już nieco starszej Gdyni odbywszy. Wypłynął w morze. Został nadwornym szefem kuchni u wielu kapitanów. Wierzył w swoją szczęśliwą gwiazdę. Cały świat opłynął. Duże mieszkanie w nowoczesnym bloku zakupił, w dzielnicy, w której głównie marynarze i wojskowi mieszkali. Żonie samochód kupił, by jej życie z trójką dzieci lżejsze uczynić podczas jego wojaży.  Aż wreszcie rzucił wody oceanów dla spokojnego życia w ojczyźnie. Gdy wreszcie osiadł w mieszkaniu, w którym bywał gościem, to poczuł, że nie tego mu trzeba było. Dom na wsi wymarzył sobie. Żeby na pola patrzeć, kury hodować, konia może nawet… Dzieci już dorosły, każde w swoją stronę poszło. Znalazł Edmund dom idealny, poniemiecki na Kaszubach. Natychmiast zakupił, remont przeprowadził i żonę tam zabrał. Kury jajka znoszą, psy i koty przeganiają lisy, jastrząb krąży nad klatką z królikami, sarna spłoszona przebiega przez podwórko, bo nie zauważyła, że las się skończył zaraz przed Edmunda płotem. I jest stara czereśnia, taka jak ta z jego dzieciństwa. Tylko owoce zdziczałe rodzi, ale to nie przeszkadza Edmundowi, bo i tak szpaki są szybsze od słońca, które powinno czeresienki dojrzeć. Siadał na ganku i patrzył na swój wymarzony zakątek. Nad jego głową przelatywały żurawie, by wylądować w dolinie za lasem. Uśmiechał się do nich. Żurawia pieśń godowa docierała aż na ganek. A pod płotem szła rodzinka dzików. W radiu Michał Bajor śpiewał ”Kocham jutro”, pomimo że żona sarkała: ”Wywiozłeś mnie tak daleko od cywilizacji, co jak któreś z nas zachoruje?” Edmund mówił: ”To ta natura ukoi cierpienie…” 

Zapalenia płuc męczyły już jakiś czas Edmunda i żadne sposoby kaszubskich gospodarzy nie zdawały się pomagać, co zaleczyli któreś zapalenie, to za parę tygodni następne przychodziło. Wreszcie posłuchał żony i zawiozła go na prześwietlenie… IV stopień raka płuc. Onkolożka powiedziała, że bardzo zaawansowany jest to guz i daje pacjentowi zaledwie parę miesięcy jeszcze. Jednak takie numery, to nie z nim. Na oddziale pocieszał wszystkich – chorych, ich rodziny, lekarzy i pielęgniarki. Nie wierzył, że ma raka, nie wymawiał w ogóle tego słowa. Ale chodził na chemię, potem na naświetlania. Powstrzymał wzrost nowotwornego ciała. Lekarze kręcili głowami, podawali go za przykład innym pacjentom. Od dnia diagnozy przeżył już 28 miesięcy. I nagle zaczął się poddawać. Okropnotwór ruszył ze zdwojoną siłą. Rozlany guz odłączył już jedno płuco, zalał oskrzela, uciska aortę, rozchodzi się do węzłów chłonnych. Zżera przełyk, wewnętrzną stronę policzka. Edmund dusi się, puchnie, morfina już nie przynosi ulgi. Siada przy oknie w kuchni, patrzy na czereśnię. Uśmiecha się do sroki, która drażni psy, a po policzkach płyną mu łzy.

Dziś w szpitalu powiedział: ”Ja nie mam czasu umierać. Przecież wiosna niedługo przyjdzie.” I patrzy przez szpitalne okno na Wysoczyznę Kaszubską. I znów te łzy płyną, bo już wie, że odchodzi, ale przecież wszystkiego nie zdążył… Konia nie zdążył kupić.

Wsiadłam do samochodu, po otrząśnięciu się włożyłam kluczyk do stacyjki, od razu zagrało radio… Michał Bajor ”Żal mi nadziei” 

  • Awatar
    diaz · 1 rok, 7 mies. temu

    ”Wśród wielkiej miłości / Wszystko jest poczęte / I wszystko – bez sensu – Lecz bardzo jest święte” (J. Iwaszkiewicz).

  • Awatar
    fibula vel Joa · 1 rok, 7 mies. temu

    Jestem tu… choć nic powiedzieć nie potrafię.

  • Awatar
    Beata · 1 rok, 7 mies. temu ·

    Tak, ”… bez sensu – Lecz bardzo jest święte”…

  • Awatar
    Paweł Dąbrowski · 1 rok, 7 mies. temu

    Przejmujące…

  • Awatar
    Beata · 1 rok, 7 mies. temu ·

    Edmund spełnił swoje marzenie o domu na wsi w lipcu 2005. Jego szczęście ma zatem osiem i pół roku. Niedużo, ale jednak to jest spełnione marzenie. Jak dobrze.

Chce mi się chcieć

04.01.2014

W szkole uważałam, że ’uczenie się’ to strata czasu, bo nic z programu nauczania w życiu mi się nie przyda :) To w podstawowej. W liceum postanowiłam sobie, że mogę się – i owszem – uczyć, ale tylko języków i historii (polski i historia na tajnych kompletach u fajnych nauczycielek w domu). Dziś wiem, że problem nie leżał we mnie, że nie chodzi o bunt, etc. Dziś wiem, że całkowitą winę ponoszą nauczyciele. Niestety. Jako jedna z nich obserwuję, co ciekawi dzieci. Okazuje się, że wszystko. Zależy jak podane. I teraz, będąc dorosłą ”humanistką”, odkryłam, że fizyka, jakże wtedy nudna i trudna, jest taka fascynująca… ciągle trudna – żeby było jasne. Ale zaczęłam chodzić na wykłady o działaniu wszystkiego prowadzone dla laików, amatorów. Zaczęłam czytać książki dla młodzieży (sic!) typu: ”50 physics ideas you really need to know”, żeby łatwiej mi było to zrozumieć. Dlaczego? Bo to okazuje się być ciekawe. Tyle nauczycielek od fizyki w moim życiu i żadna nie miała pomysłu na zaciekawienie nas. Na pomoc.

Edukacja nudzi dzieci, gdy otwieramy książki na stronie… i robimy ćwiczenie… Oni oglądają z cudowną pomocą internetu takie cuda, jakie wielu nauczycielom się śniły. Nauczyciele nudzą się na swoich własnych zajęciach. To nie jest zabawne. Mnie to przeraża. Wczoraj Dana powiedziała do mnie: chciałabym jeszcze raz się urodzić, znów spotkać mojego męża, znów spędzać życie z nim. – zamyśliła się. – albo nie. Jak pomyślę, że znów musiałabym iść do szkoły, zdawać maturę, szarpać się  z tymi wszystkimi egzaminami, to już mi się odechciewa. – popatrzyłam nieco zdziwiona, bo wydaje mi się takie fajne uczyć się od nowa. Potem przypomniałam sobie moich nauczycieli. Z większością ciężko było. Zakładając, że ponowne pojawienie się na ziemi oznaczałoby inne czasy – raczej stawiam na przyszłość – to może i edukacja miałaby bardziej humanitarną formę? Przyjazną dla dzieci.

Jeżeli jednak nie ma pewności co do reinkarnacji, proponuję zamiast zrażania uczniów – zarażanie ich pasją, chceniem, energią.

Skrzydła (które nie wiem kto mi dał) opadają, gdy kolega (-żanka) po fachu (albo rodzic!!) mi mówi: nic ich nie interesuje, czego człowiek nie ruszy, to nudy, to taka miernota siedzi w tych ławkach, nie da się niczego z nimi zrobić. Tępoty takie, nie skoczą już wyżej.

Ech… nie twierdzę, że wszystkie dzieciaki to geniusze, jednak tępoty to znikomy procent. Tym ’normalnym’ nikt jeszcze nie powiedział, co jest ciekawe. Poza fejsem.

Ja mam misję.

Pierwszy stycznia dwa tysiące czternastego roku

01.01.2014

Przyjaciele nalegali, bym przyszła do nich… Ania z jednej strony, Joasia Gabrysia z drugiej. Najpierw nie chciałam, potem się wahałam, potem byłam zdecydowana na niepójście nigdzie, potem byłam pewna, że fajnie mieć Przyjaciół i nie powinnam ich zawieść… Zawieść? To nie zawód, to taka decyzja, która daje uczucie pewności. I tę wreszcie miałam. Sama poodcinam kończące się, sama przyjmę zaczynające się – ale z krzepiącą świadomością, że niedaleko stoją ludzie z wyciągniętymi dłońmi. Zawsze mogę się do nich zwrócić.

Po północy pisałam książkę o Helenie. Piłam wino, jadłam łososia i cienkie ciasto grubo obłożone ukochaną bitą śmietaną. Tylko jedne życzenia doprowadziły mnie do uronienia paru łez goryczy, drugie – od przyjaciela byłego najważniejszego człowieka na Ziemi – sprawiły swoimi siedmioma słowami (w tym liczba roku – a zatem życzenia w czterech słowach), że mocno wzruszona uderzyłam ręką w udo z okrzykiem: No właśnie! Wstałam rano, włączyłam trójkę, pyszne śniadanie w łóżku, kawa, Helena już otwarta – przeglądam dokumenty z Archiwum Państwowego: jak ugryźć rok 1947? Karteczki na wypisanie rzeczy, ludzi, zwierząt, chwil (niekoniecznie w tej kolejności), za które jestem wdzięczna. Dwie złote łyżeczki – prezent gwiazdkowy od Alicji – przygotowane na blacie w kuchni, ciągle jeszcze związane czerwoną wstążeczką. Od dziś – od pierwszego dnia roku – będę je używać. Dwa to para, według feng shui to symbol związku kochających się ludzi, czerwona wstążeczka to oczywiście przywiązanie, a czerwony kolor to nie tylko miłość, ale i powodzenie w podjętych działaniach. Czerwony portfel trzyma pieniądze, czerwone drzwi zapraszają szczęście do domu. W życiu nie stosowałam się do zasad feng shui, ale to wszystko tak ładnie brzmi. A przecież u nas – słowiańszczyzna – czerwona wstążka nad niemowlęciem trzyma licho z daleka, zatem tak niech będzie – licho wreszcie niech pośpi!

Zaproponowałam Weronice, abyśmy po południu poszły do restauracji, jak za dawnych czasów, gdy była mała i potem gdy była średnia – chodziłyśmy do różnych miejsc, by smakować różne smaki i o nich rozmawiać, by jeść patrząc na innych ludzi, by spędzić czas inaczej. Przestałyśmy, gdy dramatycznie zmieniły się nasze finanse – nie tak dawno, zaledwie parę lat temu, a jednak zbyt długo tego nie było. Moja nastoletnia córka, która ma już swój świat, ucieszyła się jak dziecko. I to dopiero wywołało poważne łzy u mnie. Radość dorosłego prawie dziecka. Powiedziałam, że wybiera knajpę – oszalała, nie wie, na co się zdecydować. Jest cudownie. Pomimo, że te łzy płyną. To są dobre łzy radosnego wzruszenia.

Tak, wierzę, że symboliczna data może coś zmienić, zakończyć jakiś etap. Wierzę, że można zacząć nowy etap, bo jest pierwszy dzień roku. Tym bardziej, że dziś księżyc w nowiu. Witaj Dobre, witaj Nowe, zapraszam Cię do domu mojej duszy.