Strefa upragnionej ciszy

W Hiszpanii krzyczeli wszyscy. I wszystko. W restauracji dziesięcioosobowa rodzina, której członkowie mówili na raz – każdy w tym samym momencie zadawał pytania, odpowiadał na nie, relacjonował wydarzenia dnia. Wszystko równocześnie. Podszedł kelner, przyjął zamówienie od wszystkich w jednym momencie. Pisał szybciej niż ja, gdy uczeń na konwersacjach popełnia błąd za błędem i staram się zanotować tylko te istotne uwagi na temat jego gramatyki… 

Dzieci biegające po głównym placu miasta po 22:00 – rozwrzeszczane. Nie znają zmęczenia. Mewy nad naszymi głowami drą dzioby, by zagłuszyć dzieci. Muzyka dobiegająca z wnętrza miasta dudni. Morze szalejące przy falochronie huczy, by wszystkie dźwięki pochłonąć. A wzdłuż autostrady znaki drogowe w nadmiarze niezrozumiałym krzyczą do kierowców. Obok siebie – niektóre oddzielone zaledwie paroma metrami: dokąd prowadzi autostrada (przynajmniej sześć miejscowości); ile kilometrów do każdej z tych miejscowości (osobna tablica); ile zjazdów na najbliższym odcinku około dwudziestu kilometrów;  dokąd każdy zjazd zaprowadzi; jakie jest ograniczenie prędkości, a jaka jest sugerowana bezpieczna prędkość w tym miejscu (zawsze różne od siebie); czy światła powinny być włączone czy nie; że będzie zakręt za 5 kilometrów; i że wjeżdżamy na most, w tunel… no przecież te wszystkie informacje są potrzebne…

2015-07-23 17.30.162015-07-23 17.30.19

 

2015-07-23 17.32.07 2015-07-23 17.31.59 2015-07-23 17.31.00

Z żalem zostawiliśmy paellę… i chorizo… i sangrię z owocami… Przejechawszy most de Rande (część hiszpańskiej trasy atlantyckiej!), pocisnąwszy pedał gazu, przekroczyliśmy granicę hiszpańsko-portugalską. Łzy wzruszenia odebrały mi zdolność robienia zdjęć na kilkanaście kilometrów. Autostrada natychmiast poinformowała, że to jest inny kraj. Milczenie na poboczu było kojące. Znak informujący, że tą trasą dojedziemy do Porto. I jeszcze jeden, że ograniczenie prędkości to 120 km/h. Żadnych sugestii dotyczących bezpieczeństwa.

Podekscytowani jak (nieme) dzieci postanowiliśmy zjechać do pierwszej miejscowości, na jaką poprowadzi zjazd z autostrady. Wygrała Viana do Castelo, której historia sięga XIII wieku – choć (donosi Wikipedia) wykopaliska wskazują na osadnictwo na tych terenach już w środkowej epoce kamienia. Nad niewielkim miasteczkiem o niskiej zabudowie wznosi się wzgórze z neobizantyjskim kościołem z XIX wieku. No ładny.

Viana do Castelo powinna przedstawić swoim gościom jakiś kasztel. No tak… gdzieś tam jest na lewo, potem prosto, potem nad wodę, potem znów w lewo… przecież zmęczymy się tyle idąc… przeszedłszy kilka cudnych (oczywiście krętych) uliczek, minąwszy dwie starsze panie rozprawiające cichutko, acz energicznie o zakupach, zrobiwszy fotografie pamiątkowe pierwszych napotkanych kafelków portugalskich – weszliśmy do pierwszej z brzegu maleńkiej knajpki. Przy barze siedzieli czterej mężczyźni. Korpulentni, zmęczeni upałem – a może pogrążeni w portugalskiej saudade? – nachyleni nad swoimi lampkami. Podnieśli głowy, gdy turystka (kobieta?!) radosnym tonem poprosiła o wino. Porto. Tak, koniecznie poprosimy porto. Schłodzone? – zapytał starszy pan ze zdeformowanymi palcami – tortury minionych reżimów? Koniecznie schłodzone. Jak schłodzone to białe. Skwitował i nasze zdziwione usta zanurzyły się pierwszy raz w życiu w białym porto… mmm… coś jak muszkatel tylko mocniejsze. Aromat jakby koniaku. Słodycz jakby miodu… Rozkoszowaliśmy się przy maleńkim stoliku ustawionym na bruku. Przy stoliku obok siedział pan po sześćdziesiątce. Przed nim maleńka filiżanka z kawą, sudoku, mnóstwo blaszanych pudełek. Och, ileż one kryły skarbów! Jedno pudełko było piórnikiem pełnym ołówków, gumek do wycierania nietrafionej liczby w diagramie sudoku; drugie pudełko kryło bibułki do skrętów; trzecie było maszynką do robienia skrętów; w czwartym oczywiście był tytoń; zaś piąte zapełnione było małymi porwanymi kartonikami, które starszy pan rolował za pomocą małej brzytewki. Leżało też puste podłużne, metalowe pudełeczko…. może od okularów… Siedział tyłem do tych w barze. Siedział tyłem do nas. Siedział profilem do słońca. Cisza panująca w miejscu pełnym zadumanych mężczyzn była jak koc w chłodny sierpniowy wieczór na Kaszubach. Otulała swą delikatnością. Aromatyczny nektar w niewielkich krępych lampkach dodał nam wigoru. Poszliśmy na spacer nad morze. Na Placu Wolności przejmujący pomnik – w żelaznej, zardzewiałej bramie zerwane kajdany. Pomnik 25 kwietnia – wspomnienie Rewolucji Goździków. To jeden z przełomów w historii poturbowanego narodu: w 1974 roku przeciw reżimowi wystąpił generał de Spinola. Który zdegradowany, wybrany na prezydenta, stawiając opór, spowalniając dekolonizację, wywołując pucz wojskowy, został wreszcie zmuszony do ucieczki z kraju… kraj znalazł się w rękach socjalistów… A jeszcze rok temu myślałam, że Portugalia to taki spokojny kraj na krańcu Europy, w którym tylko wiatry zakręcają i niewiele się dzieje po latach „świetności” kolonialnej. Tyle jeszcze historii do zgłębienia. 

YES!

YES!

2015-07-23 18.51.24 2015-07-23 18.52.14 2015-07-23 18.53.24

No i dostałam tylko w tym rozmiarze... ale wzięłam, bo ładne...

No i dostałam tylko w tym rozmiarze… ale wzięłam, bo ładne…

2015-07-23 18.54.38

A niebieskie mieli?

2015-07-23 18.54.17 2015-07-23 18.55.36 2015-07-23 18.55.43 2015-07-23 18.55.58 2015-07-23 18.56.15 2015-07-23 18.57.33 2015-07-23 18.57.47

Wystawa sklepu z wianmi

Wystawa sklepu z winami

2015-07-23 19.13.34

2015-07-23 19.14.17 2015-07-23 19.14.36 2015-07-23 19.15.12 1024px-Monte_de_Santa_Luzia_basilica_from_Viana_do_Castela_(5707961821) Viana_do_Castelo_-_Portugal_01

Co słonko widziało, czyli opowieść mi(s)tyczna w obrazach

03.02.2014

Preludium do optymistycznego powrotu



3190_0.983339001391464491_buty bruk glob pareidolia

Młoda duchem, układem kostnym zaś w wieku średnim, Dziewczyna stała nad fjordem. Już kolejny raz odwróciła się, by spojrzeć na drogę przebytą od wschodu. Słońce wstawało ponownie – co obiecał jej drobny człowiek stojący między dębami. Bogu dzięki, że znów się obudziła! Grieg dyrygował, a Peer Gynt udowadniał, że woli pasać gęsi. Pomyślała, że czas zrzucić ciasny gorset przyzwyczajeń, lecz wysuwająca się na pierwszy plan myśli teoria grawitacji przypomniała, że nie tylko jej szkielet przekroczył wcale nie magiczną linię kobiecej dojrzałości. Poluzowała więc zaledwie sznurki, by móc głęboko wciągnąć pachnące przygodą powietrze przyniesione przez wiatry od strony oceanu. Płaskostopie poprzeczne dokuczało ściśnięte w pantoflach sprezentowanych przez Millę Jot. Z żalem – bo wysoki obcas tak pięknie wysmukla łydkę – zamiast gorsetu zrzuciła ulubione prady i wybiegła wyjściem ewakuacyjnym z balu histeryków, któremu patronował oczywiście pląsający święty Wit. Szerokim łukiem ominęła gaśnicę, gdyż nie zamierzała tracić czasu gasząc zgliszcza na nic już przydatne. Przed nią, niczym przed Dorotką, rozpościerała się nie taka żółta ceglana droga. Wyruszyła odważnie. Gdy tylko poranne słońce Griega wychyliło się zza horyzontu już w całej swej średnicy, głosem Judy Garland zanuciła ”(Somewhere) over the rainbow”.

- Nie będę Solvejgą! Nie wypłaczę już i tak krótkowidzących oczu! Ponad tęczą drozdy takie cudne trelują. Wyruszam w nową podróż i Guzik! Z pętelką. – zbiegła z góry nad fjordem pochylonej… a może był to jednak gdyński klif? Śmiała się w głos, gdy wiatr plątał jej włosy. Świat to tylko mała kula, którą może zmieścić w swych obu – jakże pojemnych – dłoniach. Obliczywszy dokładną długość i szerokość geograficzną swoich marzeń, zdjęcie w ramce położyła obrazkiem odlatujących aniołów do dołu. Wypłynie na otwarte przestrzenie, by zmierzyć się z lewiatanami rozklonowanymi przez pijanych naukowców w laboratorium nieodpowiedzialnie ich zatrudniającego Losu.

Na stole mesy jej okrętu cieplutkie pulki* parowały. Dziewczyna z wyraźnymi objawami pareidolii zauważyła w ziemniaczanej parze dobrotliwą kałamarnicę, która otuliła ją ośmioma ramionami: przyjaźni, wiary, nadziei, miłości, dobrobytu, zdrowia, sukcesu w pracy i spełnienia marzeń. Głowonóg szepnął: Nie bój się węży Gorgony, jednorożec wypłakał już wszystkie łzy na nie. Teraz z pegazem leć szczęśliwa, leć nim w niskim wieczornym słońcu cienie nasze większe będą niźli my sami.

 

* kartofelki po kaszubsku, najlepsze śledziem przekładane…

(tekst w oparciu o dramat Henrika Ibsena „Peer Gynt” i z wykorzystaniem słów, które zalęgły się w moim umyśle po różnorodnych lekturach poetów polskich i zagranicznych)