Co symbolizuje orzeł?

Szaro-bury, chmurno-śnieżno-deszczowy dzień. Okutana w kilka kubraków, przy kaloryferze rozkręconym na tak zwanego maksa. Pochylona nad klawiaturą tworzę swoje literackie majstersztyczki. Podnoszę głowę, chyba tknięta przeczuciem. Znad fjordu leci w kierunku mojego okna ptak. Żadna nowość. Ale, ale… ale on ma duże skrzydła. O kurdesz! To orzeł! Ja pierdziu! To orzeł! – to okrzyki duszy, bo ciało sparaliżowane nie mogło oderwać wzroku od wielkiego ptaka lecącego wprost na moje okno. Bywało, że widywałam je kołujące nad szczytami po przeciwległej stronie zatoki… ale tu? Wstrzymałam oddech. Przy maszcie w ogródku, nieco na wysokości strychu, zmienił tor lotu (żeby nie wyrżnąć w dom?). Był tak nisko, tak blisko, że dostrzegłam pojedyncze białe piórka powtykane pomiędzy brązowe. Dostrzegłam mięciutką pierzastość jego brzuszka. Zerwałam się, by pobiec do graciarni za kuchnią, gdyż w tamtą stronę skierował trajektorię. Biegnąc chwyciłam telefon, po omacku włączyłam w nim aparat, potknęłam się o skrzynkę z narzędziami, zaplątałam się w foliowe torby leżące na środku MOJEJ trajektorii, udem przywaliłam z gracją w zdezelowany stolik porzucony pod zapomnianym przez gąbkę oknem… chodnikiem szło trzech chłopców (około dziesięcioletnich) – jedyni świadkowie tego samego widoku, zaczęli gwizdać do ptaszyska przepięknego, zakołował nad bezwodną zatoczką pełną wodorostów – odpływ – i odleciał za górę. Zdążyłam zrobić kilka zdjęć słabej jakości aparatem w telefonie. („…dajcie mi spokój z cudownym telefonami, używam go tylko do wykonywania połączeń telefonicznych! Jak sama nazwa wskazuje”. Szanowny Panie z timobajla, przepraszam, że byłam taka uparta…) 
Usiadłam z szaleńczo bijącym sercem obejrzeć moje zdobycze cyfrowe. Jezuno, nic nie widać… to okno takie uwalone, ten zoom do niczego… chwyciłam atlas ptaków. Który to jest orzeł… hmm… przedni chyba. Albo bielik. Chyba ten w pierwszej szacie zimowej (białe piórka…). Więc to młody ptak przyleciał do mnie. To znak. Zwycięstwo? Dzielność? Wolność? Uj… ile myśli na jeden wyrzut adrenaliny i serotoniny… Roztrzęsione ręce zrobiły lemoniadę. Z miodem. Patrzę w moje zdjęcia i szkice w atlasie, porównuję ogon w locie i te białe dodatki na orlim brzuchu… podnoszę głowę, by spojrzeć na niebo tam, gdzie taka cudowna wizja była mi dana… aaa!!! On jest tu znów! Równo po godzinie! Bez sensu chwytać telefon i narobić dziesięć kolejnych niewyraźnych zdjęć. Skoczyłam do lornetki, nieporadnie zdejmowałam zaślepki z okularów… spojrzałam w przestrzeń… ale piękny… matkobosko, jaki przepiękny… oddech wstrzymałm znowu – kręci mi się w głowie… z wrażenia czy z braku tlenu… mamuniu, jaki cudnie piękny… zniknął za górą. Kocham Cię, Orzełku, kocham jak w jakimś obłędzie… cokolwiek mi chciałeś powiedzieć. 
Badanie opinii tubylczej przyniosło informację: Sea Eagles w okolicy latają. Ale gdzie widziałaś? Tu nad ulicą? eee… niemożliwe… Koło okna?! He he he… może to i on… Zatem Bielik. Zwyczajny… Jedno wiem: zwyczajny to on na pewno nie był…”Rejsy na ptaki” by wiedzieli lepiej…

Tu zdjęcia, bo blog mi jakieś limity nałożył (uuuuuj!): https://www.facebook.com/beata.buzan/posts/939003739507482?comment_id=939005429507313&reply_comment_id=939007279507128&notif_t=feed_comment

A tu Rejsy na ptaki: http://rejsynaptaki.blogspot.no/

Co u ciebie? I dlaczego?

Plan był wielki: rzucić to w diabły; wydać książkę, potem drugą i czternastą; chodzić wzdłuż Tagu i przysiadać co kilkaset metrów na lampkę porto; zapomnieć, że się miało jakieś misje – co to psu na budę…

Pytania są tylko delikatnie wścibskie: i dlaczego stamtąd wróciłaś? Ale Norwegia? Piszesz tam chociaż? Nie potrzebujesz nas? Z czego żyjesz?

Rzeczywistość jest niezmierzalnie doskonała: Wszechświat zawsze nam sprzyja, tylko my czasem upieramy się, że miało być inaczej. 

Podróż po Europie z naciskiem czasowym na Portugalię była przecudna. Nie waham się ocenić jej jako najcudowniejszej ze wszystkich dotychczasowych podróży. Portugalia nie zawiodła mnie – o czym jeszcze nie raz szerzej napiszę. Wino tamże tylko i wyłącznie potwierdziło wcześniejsze obawy „mogłabym pić codziennie”. Ludzie otwarci, ale nie nachalni. Uliczki ukochanej Alfamy takie, jakie miały być… Powrót do ojczyzny nastąpił na chwilę, by parę spraw załatwić i wtedy oszołomiło mnie to nieoczekiwane zaproszenie do Norwegii. Uzasadnienie? Bo: przecież mam przedłużone jakby wakacje, szukam odpoczynku od hałasu i nadmiaru tłumów, a poza tym… „sama rozumiesz, urokowi się nie oprzesz…”. 

Siedzę zatem drugą godzinę przy oknie z widokiem na skrzyżowanie dwóch fjordów, w dłoniach kubek z kawą budzi komórki do nowego dnia. Wstałam od stoło-biurka, by upiec drożdżowe warkocze z jabłkami i kruszonką cynamonową. Poszłam w ten świeżo naprószony śnieg na spacer brzegiem wody. Góry nad fjordami są bajecznie bialuśkie, zasłaniają już słońce. Jest jakaś promienistość na niebie, stąd wiem, że słońce ciągle żyje, lecz w tej miejscowości pojawi się na niebie dopiero w lutym… ależ nieoczekiwane doświadczenie mi się przytrafiło! Zwłaszcza, że miałam w słonecznej Portugalii wygrzewać twarz. Wróciłam ze spaceru, włączyłam audiobook jakiś (nareszcie nauczyłam się ich słuchać! Poprzednie próby kończyły się odpływającymi myślami, nie potrafiącymi skupić się na gadaniu nagranym), żeby mi towarzyszył podczas gotowania kaszy jaglanej z warzywami. Sikorki wiszą na spiralnym karmniczku w oknie i drą słodko dzioby. Rozmowa z dzieckiem samodzielnym coraz bardziej nie jest zbyt długa. Dziecko nie ma czasu. Wynalezienie sposobu wykorzystania jakichś tych fal tak, żeby ten niezrozumiały (dla mnie) internet nam przesyłać, uważam za boskie. Znów siadam do stoło-biurka, piszę swój skandynawski thriller psychologiczny. Po kolejnej godzinie przesiadam się z książką w dłoni na fotel. Pochłania mnie to czytanie tak bardzo, że nie słyszę powrotu gospodarza…

Opowiada mi o swoim dniu. A u Ciebie? – pyta. Uśmiecham się szczęśliwa: To samo co wczoraj. Czyli dobrze. 

Lekcje przez skype – ciągle są do mnie chętni. Chwytam wyszywankę i relaksuję dalej mój umysł, wplatając igłą wzór w tkaninę… Gra Diana Krall. Przed snem znów lektura, podczas której nie zasypiam – jak to miało miejsce jeszcze kilka miesięcy temu! I jeszcze mała medytacja się zmieści albo joga, albo choć skupienie na oddechu. 

Tyle zajęć zmieściłam w jednym dniu… i wszystkie, które uwielbiam. Nic męczącego się nie wydarzyło… a więc takie życie jest możliwe…

A kiedy Portugalia? Gdy ten Wszechświat tak zdecyduje. Poddaję się prądowi tej rzeki, tego fjordu, tego czasu kompletnie ufna. Przede mną jeszcze Nike, Pulitzer, Nobel… czy jak im tam…

Nie zmuszajcie dzieci do jedzenia wszystkiego!

Pochyliłam się nad marchewką. Z groszkiem. Nie tak, że zadumałam filozoficznie. Tylko tak normalnie – fizycznie pochyliłam się nad garnkiem. I zdałam sobie nagle sprawę, że mam na to czas! Jak dobrze, tak trwać tu i teraz… Popatrzeć w pomarańczowość i zieloność, zaobserwować pomarszczoność groszkową. Skrytykować nierówność sześcianów i niesześcianowość niektórych kawałków przeze mnie skrojonego korzenia marchwianego. Szczypta soli, szczypta cukru, łyżka masła – same trucizny – i trochę bułki tartej, czyli węglowodany, mąka… takie tam świństwa. Cudownie. Wybrałam mały talerzyk w niebieskie kwiaty. Zieleń i pomarańcze na niebieskości. Ładnie. Subtelny, łagodny smak rozpływa się w ustach. Prawie nie pachnie, a jednak to jeden z aromatów dzieciństwa. Czas bezpieczeństwa i beztroski…

Czekaj, czekaj – bezpieczeństwa? A opowieści o “pedale na rowerze zaczepiającym dziewczynki wracające ze szkoły na Chabrowej” (koniec cytatu)? O tak, wszystkie histerycznie bałyśmy się tego młodego człowieka przejeżdżającego na rowerze, gdy rano szłyśmy na zajęcia. Nawet nie patrzył na nas. Odwracał głowę od rozwrzeszczanych dzieciaków. (pedał) Nigdy do żadnego się nie odezwał, ale wieści niosły, że są świadkowie jego głosu. (zaczepiający) I biegłyśmy co sił w nogach, by tylko przekroczyć bramę szkoły, bo dopiero za nią jest bezpiecznie… Po południu w drodze powrotnej nigdy go nie spotkałyśmy. (wracające ze szkoły)

A ta beztroska? “Co było zadane z matematyki”? “Trzy zadania z książki”. O nie! I to bicie serca i to przerażenie i ta nadzieja, że zdążymy przepisać za chwilę od… no właśnie! Od kogo? Kto będzie na tyle nieuczciwy, żeby dać przepisać…

Zatem to chyba bzdura, że dzieciństwo pełne było zachwytów, zapatrzeń i zamyśleń. W dzieciństwie nie było spokojnych momentów, gdy można się było zapatrzeć w groszek z marchewką. Chwilę pogrzebałam w pamięci. Jest! Pamiętam taki moment. Zielono-pomarańczowe warzywa, obok parują żółte ziemniaki polane tłuszczem ze smażenia kotleta. A kotlet… (w tym miejscu pierwsze cztery dźwięki piątej symfonii Beethovena – ów ironiczny motyw losu)… kotlet jest z karkówki! Nie! Rozdzierający wrzask duszy, która znowu będzie musiała wziąć udział w katuszach ciała: zaciskające się gardło, ponieważ język już podał informację do mózgu, że oto ten koszmarnie tłusto, obrzydliwy smak białych włókien rozpostartych wygodnie pomiędzy mdląco szarymi wkracza do świątyni jamy ustnej. Mama, która grubo zasypała mięso pyłem suszonego majeranku, by zaakceptowało je rozkapryszone podniebienie dziecka nierozumiejącego jakim wyczynem był zakup mięsa bez kości, stoi nad męczennikiem.

- Jedz! – wrzeszczy, zapewne z troską. (Delikatna sekcja smyczkowa lekko ślizgająca się po strunach już zaraz przejdzie w rozpędzone myśli pełne zrywów o niskich dźwiękach waltorni popędzanych przez kotły.)

Załzawione oczy zawisły na marchewce i groszku. Pragnęły się zanurzyć w intensywnych barwach natury, pragnęły nie widzieć ochłapu mięsnego, który najpierw w postaci zębami przemielonej po wielokroć papki zalegać będzie w kieszeniach policzków, następnie ostatkami sił przesunięty zostanie do przełyku, by tam zamykać drogę strumieniowi powietrza pragnącemu dostać się do płuc. By wreszcie kamieniem spocząć w żołądku. Ku zadowoleniu kochającej mamy, szczęśliwej, że na reszcie coś zjadłaś, dzieciaku…

Groszek z marchewką zostały na koniec, na pocieszenie, niczym nagroda za cierpienia… lecz cóż to? Nie chcesz teraz marchewki? Bo co? Przecież lubisz! Rozpacz podczas spożywania karkówki odebrała wszelką radość, jaka mogłaby przyjść potem. Wszelką. Świat już nigdy nie będzie taki sam. To nie pierwszy i – co gorsza – nie ostatni kotlet z karkówki w dzieciństwie. Będą mu towarzyszyły ciemno różowe buraczki, pięknie beżowy kalafior, żółciutka fasolka szparagowa. Świadków tortury będzie jeszcze wielu. I znikąd pomocy. Najmniej od kochających członków rodziny. (rozbudowana instrumentalnie koda, masywne forte) Bezpieczeństwo i beztroska…

(jakiś czas temu minęłam w wielkim samie mężczyznę z roweru, szedł z kobietą i nastoletnimi dziećmi – moja dorosła ocena jego powierzchowności była dojrzała i obiektywna: normalny facet z normalną rodziną. Nie ufam jego oczom.)