Nie zmuszajcie dzieci do jedzenia wszystkiego!

Pochyliłam się nad marchewką. Z groszkiem. Nie tak, że zadumałam filozoficznie. Tylko tak normalnie – fizycznie pochyliłam się nad garnkiem. I zdałam sobie nagle sprawę, że mam na to czas! Jak dobrze, tak trwać tu i teraz… Popatrzeć w pomarańczowość i zieloność, zaobserwować pomarszczoność groszkową. Skrytykować nierówność sześcianów i niesześcianowość niektórych kawałków przeze mnie skrojonego korzenia marchwianego. Szczypta soli, szczypta cukru, łyżka masła – same trucizny – i trochę bułki tartej, czyli węglowodany, mąka… takie tam świństwa. Cudownie. Wybrałam mały talerzyk w niebieskie kwiaty. Zieleń i pomarańcze na niebieskości. Ładnie. Subtelny, łagodny smak rozpływa się w ustach. Prawie nie pachnie, a jednak to jeden z aromatów dzieciństwa. Czas bezpieczeństwa i beztroski…

Czekaj, czekaj – bezpieczeństwa? A opowieści o “pedale na rowerze zaczepiającym dziewczynki wracające ze szkoły na Chabrowej” (koniec cytatu)? O tak, wszystkie histerycznie bałyśmy się tego młodego człowieka przejeżdżającego na rowerze, gdy rano szłyśmy na zajęcia. Nawet nie patrzył na nas. Odwracał głowę od rozwrzeszczanych dzieciaków. (pedał) Nigdy do żadnego się nie odezwał, ale wieści niosły, że są świadkowie jego głosu. (zaczepiający) I biegłyśmy co sił w nogach, by tylko przekroczyć bramę szkoły, bo dopiero za nią jest bezpiecznie… Po południu w drodze powrotnej nigdy go nie spotkałyśmy. (wracające ze szkoły)

A ta beztroska? “Co było zadane z matematyki”? “Trzy zadania z książki”. O nie! I to bicie serca i to przerażenie i ta nadzieja, że zdążymy przepisać za chwilę od… no właśnie! Od kogo? Kto będzie na tyle nieuczciwy, żeby dać przepisać…

Zatem to chyba bzdura, że dzieciństwo pełne było zachwytów, zapatrzeń i zamyśleń. W dzieciństwie nie było spokojnych momentów, gdy można się było zapatrzeć w groszek z marchewką. Chwilę pogrzebałam w pamięci. Jest! Pamiętam taki moment. Zielono-pomarańczowe warzywa, obok parują żółte ziemniaki polane tłuszczem ze smażenia kotleta. A kotlet… (w tym miejscu pierwsze cztery dźwięki piątej symfonii Beethovena – ów ironiczny motyw losu)… kotlet jest z karkówki! Nie! Rozdzierający wrzask duszy, która znowu będzie musiała wziąć udział w katuszach ciała: zaciskające się gardło, ponieważ język już podał informację do mózgu, że oto ten koszmarnie tłusto, obrzydliwy smak białych włókien rozpostartych wygodnie pomiędzy mdląco szarymi wkracza do świątyni jamy ustnej. Mama, która grubo zasypała mięso pyłem suszonego majeranku, by zaakceptowało je rozkapryszone podniebienie dziecka nierozumiejącego jakim wyczynem był zakup mięsa bez kości, stoi nad męczennikiem.

- Jedz! – wrzeszczy, zapewne z troską. (Delikatna sekcja smyczkowa lekko ślizgająca się po strunach już zaraz przejdzie w rozpędzone myśli pełne zrywów o niskich dźwiękach waltorni popędzanych przez kotły.)

Załzawione oczy zawisły na marchewce i groszku. Pragnęły się zanurzyć w intensywnych barwach natury, pragnęły nie widzieć ochłapu mięsnego, który najpierw w postaci zębami przemielonej po wielokroć papki zalegać będzie w kieszeniach policzków, następnie ostatkami sił przesunięty zostanie do przełyku, by tam zamykać drogę strumieniowi powietrza pragnącemu dostać się do płuc. By wreszcie kamieniem spocząć w żołądku. Ku zadowoleniu kochającej mamy, szczęśliwej, że na reszcie coś zjadłaś, dzieciaku…

Groszek z marchewką zostały na koniec, na pocieszenie, niczym nagroda za cierpienia… lecz cóż to? Nie chcesz teraz marchewki? Bo co? Przecież lubisz! Rozpacz podczas spożywania karkówki odebrała wszelką radość, jaka mogłaby przyjść potem. Wszelką. Świat już nigdy nie będzie taki sam. To nie pierwszy i – co gorsza – nie ostatni kotlet z karkówki w dzieciństwie. Będą mu towarzyszyły ciemno różowe buraczki, pięknie beżowy kalafior, żółciutka fasolka szparagowa. Świadków tortury będzie jeszcze wielu. I znikąd pomocy. Najmniej od kochających członków rodziny. (rozbudowana instrumentalnie koda, masywne forte) Bezpieczeństwo i beztroska…

(jakiś czas temu minęłam w wielkim samie mężczyznę z roweru, szedł z kobietą i nastoletnimi dziećmi – moja dorosła ocena jego powierzchowności była dojrzała i obiektywna: normalny facet z normalną rodziną. Nie ufam jego oczom.) 

2 Komentarze

  1. Bardzo lubię, gdy takie zwykłe marchewki z groszkami są zalążkiem głębszych rozważań, snucia wspomnień lub innego poruszenia myśli.
    I taka marchewka może być niezwykła, wszystko zależy od tego, kto na nią patrzy. ;-)
    Serdeczności garść zostawiam. :-)

    • O, tak! Myśli poruszane są byle drobiazgiem. Czy to dobrze? Chyba tak. Jednak czasem życzyłabym sobie ciszy idealnej. Na chwilę tylko… :)

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.