Napisałam książkę

Napisałam książkę. Moje marzenie tworzenia tekstów zaczyna żyć życiem literackim…

No prawie…

Stworzyłam dzieło, zapakowałam w plik należyty i rozesłałam do wydawnictw.

Oczywiście wcześniej wysłałam do przyjaciół paru, by mieć jakąś informację zwrotną, co sądzą, gdyż ja obiektywizmu w tej kwestii jestem raczej pozbawiona. Dla mnie to wspaniała opowieść, wzruszająca historia, głęboko filozoficzna rozprawa o życiu, dzieło nad dzieła… które należy poprawić, bo tyle niedociągnięć, bo błędy historyczne, bo brakuje… bo za dużo… bo… Zwrotka od najbliższych mi czytelników była cudna. Wszyscy zachwyceni, każdy ma tam jakieś uwagi, porady, wskazówki, ale ogólnie są zachwyceni. Oczami wyobraźni widzę już ten piękny tomik prozy stworzonej przeze MNIE. Nosem wyobraźni czuję już zapach druku. Uszami wyobraźni słyszę już siebie w Polskim Radiu rozprawiającą o swoim dokonaniu…

… i nagle ta myśl: a co jeśli przyjaciele nie chcą mi sprawić przykrości?! O tak! Znajduję w necie tekst o wrażliwości pisarzy… 


http://www.tygodnikprzeglad.pl/trudno-przyjaznic-sie-z-pisarzem/ 

Popadam w zadumę graniczącą z cierpieniem znanym chyba wszystkim artystom. 

Opatrzność jednak czuwa nad moją rozhisteryzowaną (nie)pewnością siebie. Zsyła na moją drogę redaktora, który, owszem, zna mnie trochę, ale nie ma potrzeby (ma?) słodzenia, zwłaszcza, że został wyraźnie poproszony o uczciwą opinię vel krytykę. W odpowiedzi otrzymałam między innymi informację, że „po drugie, mamy do czynienia z czymś w rodzaju Bildungsroman, powieści o formowaniu, przy czym – to warto podkreślić – nie tyle formowaniu intelektualnym, ile emocjonalnym. [...] po czwarte i chyba najważniejsze, to zajmująca opowieść na temat tożsamości, swobodzie i ograniczeniach w jej kształtowaniu. [...] dziękuję, że obdarzyłaś mnie zaufaniem i podzieliłaś się partiami swojej książki. Czytałem z zainteresowaniem i liczę, że będę miał okazję poznać następne. A skończyć musisz, bo naprawdę WARTO! [...] dodatkowo gratuluję słuchu językowego do sposobów wypowiadania się zindywidualizowanych pod różnymi – regionalnymi, środowiskowymi, osobowościowymi, sytuacyjnymi etc. – względami”. Dorzucił porady redaktorskie, podpowiedział, jak wygładzić chropowatości… Zatem posłuchałam i skończyłam tekst, by po miesiącach benedyktyńskiej ;) pracy zdecydować, że jestem gotowa i rozesłałam. W wiele miejsc.

Potem, znana mi – więc nieobiektywna, ale jednak poważna – teatrolog napisała o mojej książce: „Jestem poruszona. To proza bardzo poetycka. Mam poczucie, że w czasach, gdy pisze się  dla „efektu”, taki tekst jak ten, wart jest oglądu, gdyż pokazuje z wielką pasją i uczciwością badawczą prawdę o ludzkim losie i miłości, która każe chronić bliskich, a nie wystawiać ich na sprzedaż”.

Aż wreszcie teatrolog złożyła mój tekst na ręce recenzenta literackiego z najprawdziwszego zdarzenia. Który nie zna mnie. Nie słyszał o mnie nic. Przeczytał moje opus magnum i napisał co następuje: „[...] absolutnie jestem zdania, że książkę wydać należy. To kawał dobrej literatury i kawał życia. Autorka ma słuch do prozy, czuje jej rytm i czas (płynność frazy, długość zdania itp.), no i pisze o rzeczach ważnych, a jak mi się zdaje rzeczy nieważnych mamy już wszyscy dosyć, no może poza kilkoma krytykami gadającymi ze studia TVP Kultura, którzy ciągle przekonują, że tylko nieważne jest ważne”.

Drodzy Czytelnicy, ukochani Wielbiciele mojej pisaniny ze stron szkolnych gazetek… postanowiłam uwierzyć, że potrafiłam wypełnić życzenie Babci o książce na temat jej Drogi i dokonałam czegoś, co nie wszystkim się w życiu udaje: spełniłam swoje marzenie. Trzymajcie zatem kciuki w sprawie rozsądnego Wydawcy, który nie będzie rozumiał, dlaczego tak długo na mnie czekał i natychmiast przystąpi do realizacji papierowej wersji przygód Heleny. 

Szanowni Wydawcy, spieszajcie, spieszajcie z tym wydawaniem, gdyż ja już drugą smakowitą powieść szykuję, a do trzeciej poczyniłam notatki w punktach. Żebyśmy zdążyli wszystko wydać…