Wielka Wymarzona Wyprawa

SANTIAGO DE COMPOSTELA

Przejechawszy krainę Basków przez Pireneje pięknie zaskakujące, w których mieszkają – lecz się nie pokazały – Basajauny, baskijskie olbrzymy, panowie lasu, wjechaliśmy do miasta pielgrzymów późnym wieczorem. Zostawiliśmy manele w hotelu i ruszyliśmy na nocny podbój kamiennego grodu. Wizyta przy grobie świętego Jakuba Apostoła była na mojej „bucket list” od lat. Stanęłam na skrzyżowaniu obok hotelu, zamknęłam oczy i poczułam kierunek bez pomocy mapy. Ruszyłam wąskimi i oczywiście krętymi uliczkami bez wahania. Dotarliśmy do katedry, pod którą szalał tłum na koncercie muzyki baskijskiej. Rozczarowanie w moim sercu było ogromne: jak to!? W miejscu, gdzie ja chciałam poczuć energię świadka Chrystusowego nauczania, gdzie chciałam sprawdzić czy energia ta w ogóle istnieje, oni grają dość żywo, tłum tańczy jak opętany… i wtedy nagle poczułam energię… nie Jakuba, nie Chrystusa – a może właśnie ich obu… wtedy poczułam energię tych ludzi. Rozradowani, szczęśliwi w chwili, wirujący na placu pod tysiącletnią katedrą. Uśmiechałam się do nich i do tej muzyki skocznej, trochę jakby celtyckiej. Przecież to jest Hiszpania! Hałas, ruch i radość życia.

Rano, gdy słońce oświetliło wzgórza, poszliśmy ponownie pod katedrę. Pod parasolkami na Praza da Quintana de Vivos – Plac Żywych – nieśpiesznie piliśmy kawę w oczekiwaniu na „lepszy moment”, gdyż kolejka pielgrzymów i turystów nie zachęcała. Do kawy ciasto… przeszli Japończycy z aparatami fotograficznymi wycelowanymi w niebo, i Amerykanie jakby szarością kamienia uciszeni… szli prawdziwi pielgrzymi z kosturami, w solidnym obuwiu, z ciężkimi plecakami… my milczący i spokojni obserwowaliśmy świat. W tle dudy grały celtyckie melodie. Tu Celtowie mieszkali pośród Basków nim przybyli misjonarze. A może jedni i drudzy to ci sami? Trudno to dziś ocenić, lecz są naukowcy udowadniający pokrewieństwo pomiędzy nimi. Wreszcie zniknęła kolejka, wyciszył się harmider u bram. Weszliśmy do środka. Szary kamień dominował, co mnie zachwyciło. Głaskałam go oddając szacunek budowniczym sprzed wieków. Wznosili oni swe dzieło na przestrzeni kilku wieków. Poprawiali, dobudowywali… ci pierwsi nigdy nie dowiedzieli się, jak ostatecznie wygląda ich dzieło. Zapach tego kamienia nakazywał przymknąć oczy i poczuć kadzielnice kilkuset tysięcy rytuałów, które tu miały miejsce… Modlitwy niezliczonych wiernych, które wniknęły w mury szeptały do mnie w wielu językach.

I znów jakaś kolejka wewnątrz świątyni – wielokrotnie zakręcona. Nad nią nieoczekiwane złocenia i jasność bogactw. Ołtarz. W swej naiwności pomyślałam, że do grobu Świętego ustawili się wszyscy i ja, która chciałam skały go kryjącej dotknąć, będę musiała godziny tu spędzić, zamiast podziwiać resztę miasta. Postanowiłam czasu tego nie tracić na nieruchome zawieszenie i ruszyłam, by kolejkę ominąć, obejrzeć resztę przybytku. Wtem mym oczom ukazało się maleńkie wejście, nad nim zielone światełko wzrok przyciągające do napisu „La Tumba de Santiago Apostol”. Żadnych kolejkowiczów! Dalej tablica po łacinie „Sepulcrum Sancti Iacobi Gloriosum”. Wąskie schody poprowadziły do grobowca, przy którym cztery osoby klęczały. W maleńkiej krypcie srebrny relikwiarz – trumna zdobna. Oparłam się o ścianę plecami, całą ich powierzchnią chłonąc tę energię, po którą przybyłam. Skumulowałam cząstki boskiego wszechświata we wnętrzu duszy – i na wszelki wypadek w sercu, niczym w zagłębieniu muszli przegrzebka. Dają mi siłę do realizacji planów. Czuję jak wibrują dobrą częstotliwością.

P.S. Przy wyjściu dowiedzieliśmy się cóż to za niepoważna kolejka wokół ołtarza skarbami przedobrzonego… otóż wiła się ona żmiją wścibską, by za rzeczonym ołtarzem obejrzeć skarby zgromadzone przez setki lat w katedrze… A do Jakuba cztery osoby i nas dwoje…

W drodzeSię wiły uliczkiSłońce świeciło po hiszpańsku2015-07-23 11.26.262015-07-23 11.27.332015-07-23 12.02.26Święty Jakub pozdrawia2015-07-23 12.03.03Kawa i ciasto2015-07-23 12.52.032015-07-23 13.51.472015-07-23 13.51.492015-07-23 13.51.532015-07-23 12.57.142015-07-23 14.11.412015-07-23 13.51.582015-07-23 14.08.152015-07-23 14.05.572015-07-23 13.52.14Dudy w bramie2015-07-23 14.16.122015-07-23 14.16.282015-07-23 14.19.402015-07-23 14.21.01

TRASA ATLANTYCKA W NORWEGII

Parę lat temu trafiłam w internecie na zdjęcie trasy atlantyckiej. Jaaaacieeee! – zakrzyknęłam zachwycona. O tak, przejechać się tamtędy to dopiero frajda!

trasa atlantycka

Ale około dwa tysiące kilometrów od gdyńskiego punktu startowego do kosztownej Norwegii zniechęciło mnie skutecznie. Ponieważ jednak pośród wielu moich planów jest także obrzydliwe bogactwo, zanim stracę siły na spełnianie marzeń (nope, I don’t think so…), to wpisałam Trasę Atlantycką na moją „bucket list”.

(pozwolę sobie w tym miejscu polecić świetny film o takimż tytule – grają Morgan Freemanem (ikonka serduszko!) i Jack Nicholson (ikonka przerażone serduszko!). Polskie tłumaczenie tego tytułu jest jak najbardziej oczywiste i brzmi „Choć goni nas czas”)

Moja lista rzeczy do zrobienia, zanim czas mnie stąd pogoni jest długa. To chyba nikogo nie dziwi. (Zdziwieni są z pewnością Bóg i Czas, nieźle się bawią moim kosztem, ale niech mają. Ja się nie zrażam i rozwijam swe notatki dalej.) Dopisałam zatem i norweski cud technologii budownictwa morskiego i lądowego, szczególnie nie określając terminu, ani szans na realizację. Natomiast poczytałam wszelkie dostępne notki. W internecie, żeby za daleko nie chodzić i nie szukać i, nie daj bóg, się zmęczyć. Okazuje się, że ośmiokilometrowa trasa przebiega nisko nad powierzchnią morza. Malownicze skały, przeróżne ptactwo, fale uderzające w beton. W 2005 Atlanterhavsveien została uznana (przez kogo?) za norweską budowlę stulecia. No nic to. Przyjdzie czas, że dotrę i na północ, by przejechać pod bałwanami zimnego Atlantyku.

I jak to w życiu bywa… niespodziewanie, całkowicie bez żadnych podejrzeń stałam się posiadaczką zaproszenia do Norwegii. Zaproszenie w stylu „no przyjedź, pozwiedzasz, pooglądasz, przeżyjesz”. Tyle „p” w jednym zaproszeniu. Przepiękna aliteracja – moja ulubiona forma rymu w poezji angielskiej. Nic tylko przyjąć zaproszenie. I tak oto odhaczam punkt na liście.

Pięknym mostem wjechaliśmy na wyspę Bergsøya. O matkooo, zaczyna się! Tunel ponad pięciokilometrowy Freifjordtunnelen pod fjordem. Znowu wyspa, znowu tunel, znowu, tunel… gdzie te mosty? Kristiansund! Aha, no tak, przecież to od tego miasta miała się trasa zaczynać! Z wrażenia zapomniałam szczegółów drogi. Malownicze miasteczko, ale nie mam czasu. Pędzę wciskając gaz, spieszy mi się spełniać marzenia. Norweski radar robi mi zdjęcie. Jasna cholera! A Sławek ostrzegał, że jak przekroczę prędkość w Skandynawii to moja polska pensja może nie wystarczyć. Trudno! Gdy duch przygody woła, należy za nim gnać! Znowu tunel. Znów wyspa. Tunel… ej no! A trasa?! Jest!!! Zatrzymujemy się na pierwszym parkingu. Wchodzimy na niewielkie wzniesienie. Jak pięknie! Brakuje tchu. Chcę się napatrzeć i zapominam robić zdjęcia. No dobrze, czas kontynuować atlantycką przygodę. Przecież fale Atlantyku tylko czekają, żeby pochłonąć kurz mego samochodu na asfalcie budowli stulecia. Ładny mostek nad wodą. Słońce pozwala na piękne widoki. Drugi ładny mostek nad spokojną wodą. Przed nami znany z internetowych „images” most z malowniczym łukiem. Dech zaparło. Przepiękny. Łzy w oczach, bo oto kolejne pragnienia stają się rzeczywistością. Wzruszona robię zdjęcie mewie. Jedziemy kilkaset metrów dalej. Ożesz! Zapomniałam zdjęcie mostu w łuk wygiętego zrobić! Aha, i nie było potężnej fali obiecywanej przez internet… Nie ważne. Ważne są wspomnienia, które w sercu powiozę ze sobą. Zatrzymujemy się na parkingu wśród niesamowitych gładkich skał. Fotografuję więcej mew. Łuk w oddali. Niebo nad Atlantykiem. Czas dalej jechać. Mostek. Miasto. Miasto. Miasto… Koniec trasy… Ale… naprawdę? Taka krótka? Jak to?

Zatrzymaliśmy się jeszcze w kilku urokliwych miejscach w drodze do Molde. Fjordy, góry, niebo, obłoki… nawet widziałam ogonek trolla przemykającego między drzewami. Tak było.

Zaproszenie otwarte – jeszcze tu wrócę.

2015-07-09 14.17.522015-07-09 14.17.552015-07-09 14.17.582015-07-09 14.18.132015-07-09 14.23.252015-07-09 14.23.352015-07-09 14.23.592015-07-09 14.25.232015-07-09 14.30.052015-07-09 14.30.152015-07-09 14.30.182015-07-09 14.31.522015-07-09 14.32.052015-07-09 14.32.09

Strefa upragnionej ciszy

W Hiszpanii krzyczeli wszyscy. I wszystko. W restauracji dziesięcioosobowa rodzina, której członkowie mówili na raz – każdy w tym samym momencie zadawał pytania, odpowiadał na nie, relacjonował wydarzenia dnia. Wszystko równocześnie. Podszedł kelner, przyjął zamówienie od wszystkich w jednym momencie. Pisał szybciej niż ja, gdy uczeń na konwersacjach popełnia błąd za błędem i staram się zanotować tylko te istotne uwagi na temat jego gramatyki…

Dzieci biegające po głównym placu miasta po 22:00 – rozwrzeszczane. Nie znają zmęczenia. Mewy nad naszymi głowami drą dzioby, by zagłuszyć dzieci. Muzyka dobiegająca z wnętrza miasta dudni. Morze szalejące przy falochronie huczy, by wszystkie dźwięki pochłonąć. A wzdłuż autostrady znaki drogowe w nadmiarze niezrozumiałym krzyczą do kierowców. Obok siebie – niektóre oddzielone zaledwie paroma metrami: dokąd prowadzi autostrada (przynajmniej sześć miejscowości); ile kilometrów do każdej z tych miejscowości (osobna tablica); ile zjazdów na najbliższym odcinku około dwudziestu kilometrów;  dokąd każdy zjazd zaprowadzi; jakie jest ograniczenie prędkości, a jaka jest sugerowana bezpieczna prędkość w tym miejscu (zawsze różne od siebie); czy światła powinny być włączone czy nie; że będzie zakręt za 5 kilometrów; i że wjeżdżamy na most, w tunel… no przecież te wszystkie informacje są potrzebne…

2015-07-23 17.30.162015-07-23 17.30.19

 

2015-07-23 17.32.072015-07-23 17.31.592015-07-23 17.31.00

 

Z żalem zostawiliśmy paellę… i chorizo… i sangrię z owocami… Przejechawszy most de Rande (część hiszpańskiej trasy atlantyckiej!), pocisnąwszy pedał gazu, przekroczyliśmy granicę hiszpańsko-portugalską. Łzy wzruszenia odebrały mi zdolność robienia zdjęć na kilkanaście kilometrów. Autostrada natychmiast poinformowała, że to jest inny kraj. Milczenie na poboczu było kojące. Znak informujący, że tą trasą dojedziemy do Porto. I jeszcze jeden, że ograniczenie prędkości to 120 km/h. Żadnych sugestii dotyczących bezpieczeństwa.

Podekscytowani jak (nieme) dzieci postanowiliśmy zjechać do pierwszej miejscowości, na jaką poprowadzi zjazd z autostrady. Wygrała Viana do Castelo, której historia sięga XIII wieku – choć (donosi Wikipedia) wykopaliska wskazują na osadnictwo na tych terenach już w środkowej epoce kamienia. Nad niewielkim miasteczkiem o niskiej zabudowie wznosi się wzgórze z neobizantyjskim kościołem z XIX wieku. No ładny.

Viana do Castelo powinna przedstawić swoim gościom jakiś kasztel. No tak… gdzieś tam jest na lewo, potem prosto, potem nad wodę, potem znów w lewo… przecież zmęczymy się tyle idąc… przeszedłszy kilka cudnych (oczywiście krętych) uliczek, minąwszy dwie starsze panie rozprawiające cichutko, acz energicznie o zakupach, zrobiwszy fotografie pamiątkowe pierwszych napotkanych kafelków portugalskich – weszliśmy do pierwszej z brzegu maleńkiej knajpki. Przy barze siedzieli czterej mężczyźni. Korpulentni, zmęczeni upałem – a może pogrążeni w portugalskiej saudade? – nachyleni nad swoimi lampkami. Podnieśli głowy, gdy turystka (kobieta?!) radosnym tonem poprosiła o wino. Porto. Tak, koniecznie poprosimy porto. Schłodzone? – zapytał starszy pan ze zdeformowanymi palcami – tortury minionych reżimów? Koniecznie schłodzone. Jak schłodzone to białe. Skwitował i nasze zdziwione usta zanurzyły się pierwszy raz w życiu w białym porto… mmm… coś jak muszkatel tylko mocniejsze. Aromat jakby koniaku. Słodycz jakby miodu… Rozkoszowaliśmy się przy maleńkim stoliku ustawionym na bruku. Przy stoliku obok siedział pan po sześćdziesiątce. Przed nim maleńka filiżanka z kawą, sudoku, mnóstwo blaszanych pudełek. Och, ileż one kryły skarbów! Jedno pudełko było piórnikiem pełnym ołówków, gumek do wycierania nietrafionej liczby w diagramie sudoku; drugie pudełko kryło bibułki do skrętów; trzecie było maszynką do robienia skrętów; w czwartym oczywiście był tytoń; zaś piąte zapełnione było małymi porwanymi kartonikami, które starszy pan rolował za pomocą małej brzytewki. Leżało też puste podłużne, metalowe pudełeczko…. może od okularów… Siedział tyłem do tych w barze. Siedział tyłem do nas. Siedział profilem do słońca. Cisza panująca w miejscu pełnym zadumanych mężczyzn była jak koc w chłodny sierpniowy wieczór na Kaszubach. Otulała swą delikatnością. Aromatyczny nektar w niewielkich krępych lampkach dodał nam wigoru. Poszliśmy na spacer nad morze. Na Placu Wolności przejmujący pomnik – w żelaznej, zardzewiałej bramie zerwane kajdany. Pomnik 25 kwietnia – wspomnienie Rewolucji Goździków. To jeden z przełomów w historii poturbowanego narodu: w 1974 roku przeciw reżimowi wystąpił generał de Spinola. Który zdegradowany, wybrany na prezydenta, stawiając opór, spowalniając dekolonizację, wywołując pucz wojskowy, został wreszcie zmuszony do ucieczki z kraju… kraj znalazł się w rękach socjalistów… A jeszcze rok temu myślałam, że Portugalia to taki spokojny kraj na krańcu Europy, w którym tylko wiatry zakręcają i niewiele się dzieje po latach „świetności” kolonialnej. Tyle jeszcze historii do zgłębienia.

YES!

YES!

2015-07-23 18.51.242015-07-23 18.52.142015-07-23 18.53.24

No i dostałam tylko w tym rozmiarze... ale wzięłam, bo ładne...

No i dostałam tylko w tym rozmiarze… ale wzięłam, bo ładne…

2015-07-23 18.54.38

A niebieskie mieli?

2015-07-23 18.54.172015-07-23 18.55.362015-07-23 18.55.432015-07-23 18.55.582015-07-23 18.56.152015-07-23 18.57.332015-07-23 18.57.47

Wystawa sklepu z wianmi

Wystawa sklepu z winami

2015-07-23 19.13.34

2015-07-23 19.14.172015-07-23 19.14.362015-07-23 19.15.12 1024px-Monte_de_Santa_Luzia_basilica_from_Viana_do_Castela_(5707961821)Viana_do_Castelo_-_Portugal_01

 

 

 

2 Komentarze

  1. Nie wiem, jak to się stało, że dopiero dziś tu trafiłam (a może dziś właśnie miałam tu trafić ;-)). Będę sobie dozować Twoje opowieści-wspomnienia. Akurat ostatnio w Muzeum Archeologicznym przypatrywałam się muszlom pielgrzymim a dziś poczytałam i pooglądałam sobie o Twoim energii chwytaniu – mam nadzieję, że nic nie zagłusza dobrego vibrato.

  2. Dobre vibrato jest. Czasem wątpię i rozglądam się przejęta, dlaczego częstotliwość drgań się zmieniła… a potem skupiona przyglądam się wszystkiemu i już wiem, że zmiana wibracji nie oznacza, że jest źle. Jest co innego. Jest dobre. I takie biorę. Oddycham głęboko i spełniam marzenia w zmiennym tempie.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.